Podczas mistrzostw świata w piłce nożnej Stany Zjednoczone odwiedzają setki tysięcy kibiców z całego świata. Oprócz żywiołowego dopingu, który wybrzmiewał na ulicach i stadionach baseballowych, zagraniczni goście zwrócili uwagę na jeszcze jeden element amerykańskiej codzienności, system napiwków - donosi portal Tourinews.
Dla turystów z Europy czy Japonii obowiązkowe pozostawianie około 20 procent wartości rachunku w restauracjach czy barach jest często niezrozumiałe. W wielu krajach napiwek pozostaje dobrowolnym gestem uznania za ponadprzeciętną obsługę, a nie nieformalnym obowiązkiem klienta. W Japonii wręczanie dodatkowych pieniędzy bywa nawet odbierane jako zachowanie niestosowne.
Lokale odpowiadają automatycznym doliczaniem napiwków
Rosnąca liczba zagranicznych gości, którzy rezygnują z pozostawiania napiwków, sprawia, że część amerykańskich restauracji i barów decyduje się na automatyczne doliczanie opłaty serwisowej do rachunku. W praktyce oznacza to, że klient nie podejmuje już decyzji o wysokości gratyfikacji – odpowiednia kwota zostaje naliczona z góry. To rozwiązanie ma ograniczyć straty pracowników, dla których napiwki od lat stanowią podstawowy element wynagrodzenia.
„Tipflacja” budzi sprzeciw także wśród Amerykanów
Co istotne, zmęczenie kulturą napiwków nie dotyczy już wyłącznie zagranicznych turystów. W Stanach Zjednoczonych coraz większą popularność zdobywa ruch określany jako „No Tipping”, którego zwolennicy sprzeciwiają się zjawisku nazywanemu „tipflacją”. Termin ten opisuje sytuację, w której oczekiwane napiwki systematycznie rosną, a prośby o ich pozostawienie pojawiają się praktycznie wszędzie – również podczas płatności w sklepach samoobsługowych czy punktach usługowych, gdzie wcześniej nie były standardem. Dodatkowo nowoczesne terminale płatnicze coraz częściej automatycznie proponują klientom konkretne wysokości napiwków jeszcze przed zakończeniem transakcji.
Dyskusja wokół napiwków nie sprowadza się jednak wyłącznie do różnic kulturowych. W wielu częściach USA pracownicy gastronomii otrzymują bardzo niskie wynagrodzenie podstawowe. W piętnastu stanach minimalna stawka dla osób zatrudnionych na stanowiskach, gdzie otrzymuje się napiwki, wynosi zaledwie 2,13 dolara za godzinę. W wielu pozostałych również pozostaje znacznie niższa od standardowej płacy minimalnej. W praktyce oznacza to, że dla kelnerów i pracowników obsługi napiwki nie są dodatkiem do pensji, lecz jej kluczowym elementem. Bez dodatkowych wpłat od klientów wielu z nich nie byłoby w stanie utrzymać się wyłącznie z wynagrodzenia zasadniczego.
Branża gastronomiczna testuje nowe rozwiązania
Choć całkowita zmiana modelu wynagradzania w Stanach Zjednoczonych wydaje się odległą perspektywą, część firm już eksperymentuje z alternatywnymi rozwiązaniami. Jednym z przykładów jest nowojorska Union Square Hospitality Group, która w części swoich restauracji, barów i kawiarni testuje model zakładający uwzględnienie kosztów obsługi bezpośrednio w cenach dań i napojów. Celem takiego rozwiązania jest zapewnienie pracownikom bardziej przewidywalnych i sprawiedliwych wynagrodzeń, niezależnych od wysokości napiwków pozostawianych przez gości.
Dla europejskich turystów podróżujących do Stanów Zjednoczonych temat napiwków pozostaje jednym z najważniejszych elementów lokalnej etykiety. Jednocześnie coraz wyraźniej widać, że dyskusja o przyszłości tego systemu nie jest już wyłącznie domeną zagranicznych odwiedzających. Coraz częściej to sami Amerykanie zadają pytanie, czy model oparty na obowiązkowych napiwkach nadal odpowiada realiom współczesnego rynku pracy i oczekiwaniom klientów.