Potencjalni pasażerowie obawiają się, że kiedy podczas rejsu ktokolwiek zachoruje, staną się więźniami na wiele tygodni. A nawet potem, kiedy już zostaną zwolnieni z kwarantanny, trudno im będzie wrócić. Tym bardziej, że linie lotnicze także niechętnie biorą na pokład takich pasażerów. Ostatnio KLM w Malezji odmówił przewiezienia do Amsterdamu dwóch Holendrów, którzy wracali z rejsu po Azji.

CZYTAJ TEŻ: Porty Tajwanu nie dla statków wycieczkowych

Według analityków branży turystycznej kryzys wywołany koronawirusem (COVID-19) będzie znacznie dotkliwszy dla wielkich wycieczkowców, niż poprzednie – wywołane norowirusem, kiedy wszyscy pasażerowie jednego ze statków ucierpieli z powodu dolegliwości żołądkowych, czy zawstydzającej afery z Costa Concordia, którego kapitan wpakował statek na skałę. Utonęły wówczas 32 osoby.

Przy tym epidemia koronawirusa jest już tak nagłośniona w mediach, że klienci ze znacznie większą rezerwą podejdą do pomysłu spędzenia urlopu na wodzie. — Im dłużej będziemy czytać o kłopotach z ewakuacją Diamond Princess i podobnych, tym więcej ludzi, którzy jeszcze nigdy nie pływali wycieczkowcami zrezygnuje z wykupienia rejsu. Bo to już nie będą dla nich wakacje marzeń — mówi James Hardiman, szef Wedbush Securities, firmy wyspecjalizowanej w analizowaniu rynku turystycznego.

Turystyka morska nadal walczy, by straty były jak najmniejsze. I o ile linie lotnicze nie ukrywają, że wymuszone przez koronawirusa zawieszenie połączeń do Chin wiąże się dla nich z dużymi stratami finansowymi, o tyle organizatorzy morskich wycieczek są znacznie bardziej oszczędni w informacjach. Wartość tego segmentu turystycznego na świecie sięga 45,6 mld dolarów rocznie. Analitycy są zdania, że w tym roku koronawirus obetnie z tej kwoty przynajmniej 15 procent.

Na ten temat jednak nie są skłonni wypowiadać się znani armatorzy, jak Norwegian Cruise Lines czy Carnival Corp., do którego należą Princess Cruises. W odpowiedzi na pytania odpowiadają, że dla nich w tej chwili priorytetem jest bezpieczeństwo pasażerów. Przyznają jednak, że negatywny skutek odczują. Zapewniają jednocześnie, że przedsięwzięli środki ostrożności. Nie jest to łatwe zadanie, ponieważ cokolwiek by zrobili, to i tak rejs wymusza sytuację, w której kilka tysięcy ludzi jest zgromadzonych na niewielkiej powierzchni przynajmniej przez tydzień, a najczęściej znacznie dłużej. Co to oznacza? Że takie statki miasta automatycznie mogą stać się inkubatorami wirusa.

Erika Richter, odpowiadająca za komunikację zewnętrzną w American Society of Travel Advisors nie ukrywa, uważa, że negatywne skutki będą odczuwalne. — Nie ma innej możliwości – mówi. Jej zdaniem również zamiast rokrocznego wzrostu popytu będzie spadek przynajmniej o 15 procent.