Firma przypomina, że musiała podjąć akcję ewakuowania do Polski 1270 klientów przebywających w regionie objętym konfliktem. To oznaczało, że musiała wysłać po nich do Omanu, Zjednoczonych Emiratów Arabskich i Jordanii dodatkowe samoloty, które w jedną stronę leciały puste.
Czytaj więcej
Biurom podróży coraz trudniej rosnąć. Jak sobie z tym radzi jeden z największych polskich touroperatorów? Czy dlatego szuka rozwoju w Rumunii? Czy...
To jednak nie wszystko – touroperator musiał zapewnić też turystom oczekującym na powrót, miejsca w hotelach i wyżywienie. Przy czym niektórzy spędzili w nich dwa, trzy dni, ale rekordziści czekali na możliwość powrotu dwanaście dni.
Części klientów biuro podróży opłaciło też przejazd drogą lądową z kraju ich pobytu do kraju, z którego można ich było odebrać bezpiecznie z lotniska, a jeszcze innym zorganizowało podróż samolotami regularnych linii lotniczych z dalekiej Azji (Japonia, Korea, Nepal, Wietnam, Tajlandia, Indonezja), a nawet z Australii. Te ostatnie przeloty odbywały się przez Hawaje i kontynentalne USA, co też rodziło dodatkowe koszty.
Osobny samolot touroperator był zmuszony wysłać wydłużoną, północną, trasą po klientów na Sri Lankę.