Życie na jachcie płynie inaczej

Skoro mając domek na wsi można w nim zorganizować agroturystykę, to dlaczego dysponując dużym, komfortowym katamaranem nie prowadzić na nim aquaturystyki? O swoim życiu i pracy na Karaibach opowiadają Agnieszka i Stanisław Zasadowie

Aktualizacja: 31.08.2013 18:03 Publikacja: 29.08.2013 21:11

Życie na jachcie płynie inaczej

Foto: Archiwum autora

Goście rejsu wciągają morskie powietrze i powoli je wydychają w niemym zachwycie. Widok zapierający dech w piersiach? Tak, tak. To powiedzenie nie wzięło się znikąd. W takich momentach czujemy, że wybraliśmy właściwą drogę. Mamy swoją aqua-turystykę. Nasze art of living. Czy nie każdy z nas marzy o wyruszeniu w świat, o całkowitej zmianie życia, o samorealizacji gdzieś, gdzie będzie pięknie? Skoro posiadając domek na wsi można go przekształcić w agroturystykę to dlaczego dysponując dużym, komfortowym katamaranem nie prowadzić na nim aqua-turystyki?

Muszle zamiast cegieł

Naszą przygodę z Los Roques rozpoczęliśmy od wyspy Gran Roque, jedynej zamieszkanej na całym archipelagu. Wraz z ustanowieniem Los Roques w 1972 r. parkiem narodowym ją właśnie wyznaczono na miejsce, w którym mogli osiedlić się wszyscy przebywający na Los Roques rybacy. Na Gran Roque tubylcy wybudowali pierwsze domki. Z czasem rybacy przywieźli na wyspę rodziny, powstała szkoła, a potem małe przytulne pensjonaty (tzw. posady), które wkomponowały się w panujący tam klimat. Znajduje się tam kilka restauracji, najczęściej przy posadach. Kiedy chcieliśmy zjeść kolację w jednej z nich obsługa przeprosiła nas i powiedziała, że oni dzisiaj nie serwują posiłków i prawie biorąc nas za rękę zaprowadziła nas do innej restauracji położonej jakieś 100 metrów dalej.

Cała miejscowość Puerto el Roque zbudowana jest na plaży i wygląda to, jakby ktoś postawił kolorowe domki na piasku. Na każdym rogu widoczny jest kult Matki Boskiej. Mini kapliczki wbudowane są bezpośrednio w ściany domów albo natrafia się na nie spacerując po miasteczku. Do dekoracji lub ogrodzenia domów i ogródków, u nas używa się cegieł lub kamieni, a tu dużych muszli. A jak się przekonaliśmy później wszędzie jest ich niezliczona ilość.

W Gran Roque panuje sielanka. Tu czas płynie inaczej. Mieszkańcy przesiadują przed domami, psy wygrzewają się w słońcu, dzieci grają na piasku w piłkę. Spacerując natrafiliśmy na kawałek wybetonowanego terenu z wąskim wejściem odgrodzonym od plaży zwykłym sznurkiem. To miejscowe lotnisko – odprawa odbywa się tam w drewnianej budce, a hala przylotów i odlotów to po prostu plaża!

Homar pod latawcami

Tuż obok Gran Roque, 15 minut płynięcia jachtem, znajduje się Francisquies, zataczający krąg zbiór trzech wysepek. Miejscami woda jest tak płytka, że z jednej wysepki na drugą można przejść brodząc po kolana w wodzie. Francisquies upodobali sobie surfingowcy i kite’owcy. Panują tu idealne warunki do uprawiania tych sportów. Zewnętrzna rafa koralowa odgradza i tworzy naturalną barierę od Morza Karaibskiego, formując duże i płytkie laguny, nie zatrzymując przy tym potrzebnego do kite’ingu i surfingu wiatru.

Wpływając pomiędzy wysepki widzimy na jednej wypożyczalnię desek surfingowych, zwykłą chatkę na plaży w stylu karaibskim, a dookoła szalejących na deskach ludzi. Dopłynęliśmy na cypel ze spotem kite'owym. Tam też znajduje się bardzo fajna knajpka, do której wpadliśmy na homara z grilla.  Uwaga, knajpa czynna tylko do godz. 16. Dzięki temu cisza i spokój w zatoczce potrzebne do obserwacji rozgwieżdżonego nieba zostają zachowane.

Na bezludne Francisquies nielicznych turystów przywozi się szybkimi łodziami z posad Puerto el Roque. Plażowicze  grają w piłkę na wystających z wody piaszczystych wysepkach, na płytkiej po kostki wodzie powbijane są parasole, a pod nimi grupka przyjaciół degustuje drinki. W tle kilka stojących jachtów oraz nasz katamaran, a nad tym wszystkim latający kite’owcy – obrazek jak z bajki.

Miłość z happy endem

Następnego dnia ruszyliśmy ku – dosłownie już – bezludnym wyspom i dzikim plażom.

Samo manewrowanie jachtem pomiędzy wyspami i płyciznami jest już wielką przygodą, nie zapominajmy, że poruszamy się w obrębie jednej wielkiej rafy koralowej. Kolejna wyspa zdobyta – Cayo de Aqua! Bezludna wyspa w kształcie łuku, położona na wschodnim krańcu archipelagu Los Roques. Ponoć najbardziej romantyczne miejsce w całym archipelagu, a to za sprawą wydmy łączącej pozostałą część wyspy z cyplem, na którym znajduje się biało czerwona latarnia morska. Wielkość tego paska piasku stale zmienia się w zależności od prądów morskich i wiatru, ale nigdy nie znika.  Idealna sceneria do filmu miłosnego z happy endem! I ta scena! Scena, w której On nadchodzi z prawej strony wyspy, a Ona podąża w jego kierunku od strony latarni. Spotykają się na środku wydmy wpadając sobie w ramiona a ich stopy oblewa woda przelewająca się przez wydmę z obu stron morza. Ach, co to mógłby być za ślub.

Rum z papają

Trudno było nam podjąć decyzję, na które wyspy popłynąć. Niby wszystkie takie same a jednak różne. Jedne zupełnie piaszczyste bez kawałka zieleni, po prostu wydmy na środku morza, inne porośnięte bylinami z pojedynczymi palmami. Na niektórych napotykaliśmy na ogromne piramidy muszli wyrzuconych przez morze. Trafiliśmy również na pojedyncze opuszczone chatki rybackie. W pobliżu każdej takiej chatki znajdowała się zwykle malutka kapliczka z figurką Matki Boskiej udekorowana muszlami.

Jedna z uczestniczek rejsu zadeklarowała, że na tej wyspie weźmie ślub przy malowniczej kapliczce. Niesamowite, jakie uczucia budzi w ludziach przebywanie na tych wyspach. Siedzieliśmy wtedy na jachcie popijając poncz (pokrojony świeży owoc papai zalaliśmy rumem i dodaliśmy kostki lodu). Pełen relaks. Duży katamaran, którym żeglujemy ma ponad 17 metrów długości i ponad 9 metrów szerokości. Jest w nim tyle miejsca, że czasami nie ma się wcale uczucia, że przebywa się na wodzie. Jacht traktujemy jak pływający dom i hotel.

Przemieszczamy się między wysepkami, od laguny do laguny, bez pośpiechu, stajemy w marinie lub na kotwicy, organizujemy wycieczki w głąb lądu, na wulkany, wodospady lub stajemy w miejscach, w których gwarantujemy możliwość pływania z żółwiami itp. Własnym jachtem nie musimy ograniczać się do rutynowych tras, nie musimy wypływać i wracać w to samo miejsce.

Los Roques należy do Dependencji Federalnych i nazywane jest wenezuelskimi Malediwami. Z Polski nie dociera tam żadne inne biuro podróży, nasi goście regularnie informują nas o coraz ciekawszych ofertach cenowych na bilety lotnicze. Bilet z Europy na Karaiby i z powrotem można kupić już w cenie od 1,8 tys. do 2,5 tys. złotych. 12 dniowa  wycieczka i 2 dni na dojazd to koszt około 8-10 tys. złotych łącznie z przelotami i wyżywieniem na miejscu.

Agnieszka Borowska-Zasada i Stanisław Zasada to m

ałżeństwo zaraz po 40. Zawodowo prowadzą firmę informatyczną. Zapytani skąd wziął się pomysł na nowy styl życia odpowiadają: - Kiedy siedzisz przy biurku obok ukochanej osoby i zaczynasz rozmawiać z nią przez Skype`a to znaczy, że najwyższy czas coś zmienić w życiu.

W 2011 r. przenieśli się na jacht. Stworzyli projekt Easy Yachting - aqua-turystyka dla każdego: www.easyyachting.pl

Goście rejsu wciągają morskie powietrze i powoli je wydychają w niemym zachwycie. Widok zapierający dech w piersiach? Tak, tak. To powiedzenie nie wzięło się znikąd. W takich momentach czujemy, że wybraliśmy właściwą drogę. Mamy swoją aqua-turystykę. Nasze art of living. Czy nie każdy z nas marzy o wyruszeniu w świat, o całkowitej zmianie życia, o samorealizacji gdzieś, gdzie będzie pięknie? Skoro posiadając domek na wsi można go przekształcić w agroturystykę to dlaczego dysponując dużym, komfortowym katamaranem nie prowadzić na nim aqua-turystyki?

Pozostało 92% artykułu
Turystyka
Kompas Wakacyjny 2017: W Grecji Mitsis nie do pobicia
Materiał Promocyjny
Wykup samochodu z leasingu – co warto wiedzieć?
Turystyka
Kompas Wakacyjny 2017 pomaga w pracy agenta
Turystyka
Kompas Wakacyjny 2017: „Strelicje" pokonały „Ślicznotkę"
Turystyka
Turcy mają nowy pomysł na all inclusive
Turystyka
Włoskie sklepiki bez mafijnych pamiątek