Wioska turystycznego sukcesu

Górale z Jurgowa uwierzyli we własne siły, zawiązali spółkę i w ciągu czterech lat zrobili stację narciarską dziś uznawaną za jedną z najlepszych w Polsce

Publikacja: 24.02.2013 09:09

Jurgów to wioska niezwykła. Na końcu Polski. Dalej jest już Słowacja. Albo na odwrót. Nikt już nie wie. Bo wieś kilka razy zmieniała przynależność państwową. Do dziś mówi się tu w dwóch językach. Nie, w trzech: polskim, słowackim i spiskim. W końcu to Spisz. Ale do rzeczy: mieszkańcy wsi kilka lat temu uwierzyli w siebie. Ponad 200 właścicieli działek położonych na zboczach granicznej góry – Górków Wierch – dogadało się ze sobą i zawiązało spółkę. W ciągu zaledwie czterech lat powstała stacja narciarska – dziś uznawana za jedną z najlepszych w Polsce. Dzięki niej zyskała cała wieś – niemal wszyscy mieszkańcy czerpią dochody z turystyki. Nawet ci, którzy nie mają udziałów w narciarskiej spółce.

– Staliśmy się wzorem dla innych – cieszy się Józef Milan Modła, pół Polak, pół Słowak. W przeszłości wójt gminy Bukowina Tatrzańska (przynależy do niej Jurgów), który rzucił posadę urzędniczą i rzucił się na narciarstwo. – Podobne do naszego przedsięwzięcia zaczęły powstawać także w innych miejscowościach. Choć trzeba przyznać, że i my na początku z zazdrością patrzyliśmy na pobliską Białkę, która rozwija się, że hej.

Wszyscy równi

Jurgowianom brakowało jednak odwagi. Pomógł im Pan Bóg, który zesłał halny. Wiatr ogołocił Górków Wierch z drzew i jurgowscy górale zauważyli na jego zboczach trasy narciarskie. Kilku zapaleńców – wśród nich m.in. ówczesny sołtys Andrzej Pawlak – ruszyło przepytywać sąsiadów i namawiać ich do wspólnego działania. Inaczej się w Jurgowie nie da. Wszystko musi być razem. Górków Wierch jest bowiem górą wspólną. – Jest tu ponad 400 działek i ponad 200 właścicieli – tłumaczy Modła. – Gdyby jeden z właścicieli nie zgodził się na budowę, nic z tego by nie wyszło.

– Tu nawet nowy dom trudno bez sąsiada postawić – śmieją się we wsi. Dlaczego? Bo działki są tu wąskie (ok. 7 m), ale długie (nawet po 300 m). Nikt nie wie dlaczego. Wersji jest sporo. Takie same działki są na wspólnej górze – ciągną się w poprzek zbocza. Okazało się, że ludziom pomysł z nartami bardzo się podoba. W 2004 r. powołano do życia spółkę, która miała się zająć budową. Na jej czele stanął odchodzący z urzędu w Bukowinie Józef Modła.

– Spółka jest specyficzna – tłumaczy. – Od początku ustalone jest bowiem, że mogą do niej należeć tylko mieszkający w Jurgowie lub ci, którzy mają tu ziemię i co najważniejsze – korzenie. I co jeszcze istotne: w naszej spółce każdy jest tak samo ważny – nawet ten, kto ma najmniejszą działkę. Jeśli on się wyłamie, cała dotychczasowa robota legnie w gruzach. Dlatego jurgowianie dbają o siebie. Zatargi są tu raczej rzadkością. Wiedzą, że zależą od siebie. I tylko dzięki wzajemnej współpracy ich wspólna inwestycja będzie szła do przodu. – Tworząc spółkę, ustalono również, że każdy staje się posiadaczem co najmniej jednego udziału – wyjaśnia Modła. – Maksymalnie można mieć tylko 300 udziałów. Chodzi o to, by jeden nie dominował. Jeśli chodzi o nasz kapitał zakładowy, to teraz będzie to 4,5 mln.

Inwestycje za miliony

Zanim Jurgów stał się jedną z najnowocześniejszych stacji narciarskich w Polsce, pod górę trzeba było doprowadzić sieć średniego napięcia. Ponad 2 km. Trzeba było wybudować sieć wodociągową wykorzystywaną m.in. do sztucznego naśnieżania stoków. W 2007 r. uruchomiono pierwszy orczyk. Bez rozgłosu. – Nie było czego nagłaśniać – mówi Modła. – Ten pierwszy orczyk był tak naprawdę dla nas, mieszkańców, którzy narty mają we krwi.

Nie obyło się bez problemów. Najpierw piorun zniszczył rozdzielnię prądu. Potem powódź zniszczyła ujęcie wody do sztucznego naśnieżania pod dnem Białki. Dlatego na otwarcie stacji mieszkańcy zaprosili kardynała Stanisława Dziwisza. – Kazaliśmy mu święcić, ile się da – wspomina prezes.

Oficjalnie stacja narciarska Hawrań w Jurgowie ruszyła 25 stycznia 2008 r. Na zboczach góry postawiono czteroosobową kolej firmy Tatralift. Spółka kupiła kilka armatek śnieżnych i ratrak.

– Niczego nie zrobi się bez pieniędzy – wyjaśnia Modła. – W 2010 r. udało nam się sięgnąć po środki unijne. Projekt, który teraz realizujemy, warty jest ponad 25 mln. Z dotacji mamy 5 mln, a na resztę sporo kredytów – śmieje się.

Dziś w ośrodku jest siedem tras narciarskich – od najłatwiejszych do bardzo trudnych. Jedna z nich ma homologację FIS uprawniającą do organizacji zawodów slalomowych dla obu płci. Najdłuższy ze stoków ma ponad kilometr. Działają dwie koleje linowe (jedna ruszyła w tym sezonie – kosztowała 9 mln) i cztery wyciągi orczykowe. Wybudowano karczmę, punkt gastronomiczny przy wyciągu dla dzieci, jest też wypożyczalnia nart. – Chcemy jeszcze zrobić karczmę na szczycie z tarasem widokowym, z którego będzie widać całą panoramę Tatr Bielskich z Hawraniem oraz całe Tatry Wysokie – rozmarza się prezes Modła.

Powiększył się park maszynowy stacji narciarskiej. Teraz działa w niej 20 armatek, kilka skuterów śnieżnych i ratraków. – Myślimy teraz o rozwoju letnim – mówi Modła. – Pod narciarstwo wszystko już zagospodarowaliśmy. Wytyczamy trasy biegowe. Chcemy jednak przyciągnąć tu ludzi latem. Może zbudujemy baseny ze sztucznymi plażami...

Jednym z pomysłów jest np. przygotowanie specjalnych miejsc dla paralotniarzy (na Górkowym Wierchu są ku temu odpowiednie warunki) i spływów kajakowych. Ożyć ma też pobliski skansen, złożony z pasterskich szałasów. – Chcielibyśmy, by stacjonował tam baca, który na oczach turystów robiłby oscypki – mówi Paweł Sołtys, członek zarządu spółki.

Dodatkowo część zabytkowych szałasów ma być przystosowana pod noclegi, które wprawdzie będą pozbawione wygód, jednak ze względu na swój unikalny charakter i klimat mają szansę stać się atrakcją przyciągającą szukających dodatkowych wrażeń turystów.

Zwłaszcza że okolica stała się modna. Na jednej z działek przy drodze do wyciągu leży sterta desek. Miejscowi z dumą podkreślają, że to własność popularnego aktora Michała Żebrowskiego, który zamierza wybudować tu karczmę. Miejscowy las skrywa zaś dom należący do ojca Tadeusza Rydzyka. Na narty wpada tu z Krakowa metropolita krakowski. A agencje nieruchomości z Nowego Targu czy Zakopanego coraz częściej zasypywane są pytaniami o działki w Jurgowie. Tych jednak nie ma. – Społeczeństwo u nas dziwne – mówią o sobie jurgowianie. – Nie za bardzo chcemy wpuszczać obcych, chyba że ktoś zdobędzie nasze zaufanie.

Na parkingu pod wyciągami w szczycie sezonu trudno zaparkować. Sporo tu Słowaków – nie ma się co dziwić – taniej niż u nich, a blisko. Sama stacja narciarska stała się największym pracodawcą w regionie, w sezonie zatrudnia ponad 60 osób. – Pół roku pewnej pracy to naprawdę dużo – przekonuje prezes Modła. – Zwłaszcza że w okolicy pracy za bardzo nie ma.

Razem można więcej

Powstanie stacji narciarskiej uruchomiło w jurgowianach przedsiębiorczość. Jeszcze pięć lat temu kwatery wynajmowało tu jedynie kilka osób. Dziś pokoje dla turystów oferowane są niemal w każdym domu. Wybudowano kilka pensjonatów i powstają nowe. Niektórzy nowe, wybudowane z myślą o sobie domy zamienili po prostu na kwatery turystyczne. Inni chwytają inne pomysły. Bartłomiej Machaj wykopał stawy rybne, do których doprowadził wodę z Białki. – Mam pstrągi, jesiotry, karpie – opowiada Machaj. – W sezonie nie wyrabiam się z zamówieniami na wędzone ryby. Stoję przy wędzarni całe dnie i jeszcze ludzi zatrudniam – cieszy się. Z kolei Karol Wojtas na co dzień pracuje w Morskim Oku – zaprzęgiem konnym wozi ludzi z Palenicy do najsłynniejszego polskiego jeziora. W zimie, gdy turystów w Tatrach jest trochę mniej, organizuje kuligi z pochodniami w Jurgowie. – Ludzie są zainteresowani takimi przejażdżkami – mówi. – A ja mam dodatkowe pieniążki. Chętnych oczywiście ciągnę do Morskiego Oka.

Na razie o swoje dochody ze stacji narciarskiej nikt się nie upomina. Od pierwszego roku bez opóźnień wypłacane są jedynie czynsze. Cała reszta idzie na inwestycje. – Ludzie po prostu wiedzą, że od tego zależy ich przyszłość – mówi Modła, który wciąż myśli, jak uatrakcyjnić ofertę. W ubiegłym roku udało mu się dogadać z wyciągami na Kotelnicy Białczańskiej, Bani, Kaniówce i Kluszkowcach w Czorsztynie. Powstał wspólny karnet narciarski dla tych stacji. Docenili to turyści, którzy uznali Jurgów za najlepszą stację narciarską w Małopolsce, z kolei w ub. roku stacja dostała wyróżnienie w konkursie: „Budowniczy polskiego sportu – Sportowy Obiekt Roku 2012". – Nic byśmy nie zrobili, gdybyśmy nie byli wspólnotą – reasumuje Modła. – W kupie jest po prostu siła.

Jurgów to wioska niezwykła. Na końcu Polski. Dalej jest już Słowacja. Albo na odwrót. Nikt już nie wie. Bo wieś kilka razy zmieniała przynależność państwową. Do dziś mówi się tu w dwóch językach. Nie, w trzech: polskim, słowackim i spiskim. W końcu to Spisz. Ale do rzeczy: mieszkańcy wsi kilka lat temu uwierzyli w siebie. Ponad 200 właścicieli działek położonych na zboczach granicznej góry – Górków Wierch – dogadało się ze sobą i zawiązało spółkę. W ciągu zaledwie czterech lat powstała stacja narciarska – dziś uznawana za jedną z najlepszych w Polsce. Dzięki niej zyskała cała wieś – niemal wszyscy mieszkańcy czerpią dochody z turystyki. Nawet ci, którzy nie mają udziałów w narciarskiej spółce.

Pozostało 91% artykułu
Turystyka
Kompas Wakacyjny 2017: W Grecji Mitsis nie do pobicia
Turystyka
Kompas Wakacyjny 2017 pomaga w pracy agenta
Turystyka
Kompas Wakacyjny 2017: „Strelicje" pokonały „Ślicznotkę"
Turystyka
Turcy mają nowy pomysł na all inclusive
Turystyka
Włoskie sklepiki bez mafijnych pamiątek