W 2025 i 2026 roku turystyka nie tylko w pełni odbudowała się po pandemii, ale też w wielu krajach poprawiła rekordowe wyniki z 2019 roku. Jednak wraz z narastaniem turystycznej fali rośnie także niechęć i frustracja mieszkańców najtłumniej odwiedzanych miejsc. Władze na różne sposoby próbują radzić sobie z masowym napływem turystów i jego negatywnymi konsekwencjami – wprowadzają limity, nakazy, zakazy i kary za ich nieprzestrzeganie.

Jednocześnie zatłoczone do granic możliwości miejsca coraz bardziej przytłaczają samych turystów – wielu z nich szuka spokojniejszych zakątków, omijając najpopularniejsze atrakcje.

Zjawisku temu przyjrzała się brytyjska platforma mediowa i agencja kreatywna It’s Nice That w raporcie „The Tiny Tourist Report” („Raport na temat małych turystów”).

Czym jest „mała turystyka”?

Żyjemy w epoce overtourismu napędzanego przez algorytmy – piszą autorzy raportu. Krótki film na TikToku potrafi w jeden weekend skierować 10 tysięcy jednodniowych turystów do małej alpejskiej wioski liczącej 1,5 tysiąca mieszkańców, co skutkuje paraliżem dróg i pozostawieniem ton śmieci. Mechanizm rekomendacji mediów społecznościowych stał się sprawnym, lecz ślepym narzędziem masowego rażenia. Zamienia piękne, ciche zakątki w przeludnione „plany zdjęciowe”.

„Coraz częściej ma się wrażenie, że my, podróżni, psujemy jedną z najczystszych przyjemności, jakie istnieją – udane wakacje” – czytamy w raporcie.

Czytaj więcej

Ranking najcichszych krajów świata. „Turyści mają dość hałasu, pragną spokoju”

Odpowiedzią na overtourism jest właśnie „mała turystyka”. Główna zasada „małego turysty” jest prosta: jeśli jakaś atrakcja turystyczna jest z gatunku „obowiązkowych” (może to być na przykład Wieża Eiffla w Paryżu, Koloseum w Rzymie czy rejs gondolą w Wenecji), należy omijać ją z daleka.

Zamiast ulegać wiralowym rekomendacjom i pędzić do miejsc, które wszyscy polecają, „mały turysta” kieruje swoją uwagę na „mikro-atrakcje”, codzienność odwiedzanego miejsca i autentyczny rytm życia jego mieszkańców. Nie chodzi tu bynajmniej o rezygnację z przyjemności i uroków wypoczynku, ale o przesunięcie akcentu – z ogółu na szczegół, z wielkich zachwytów na małe, skupienie się na refleksji i rozwoju osobistym.

Jak zauważa cytowany w raporcie psycholog z Manchester Metropolitan University Andrew Stevenson, badania wskazują, że efekty tego rodzaju podróży są znacznie trwalsze niż rezultaty wyjazdów czysto hedonistycznych. O ile satysfakcja z „zaliczenia” słynnej atrakcji potrafi ulotnić się chwilę po powrocie do domu, o tyle „wspomnienie pierwszego kęsa gorącego batata z opiekacza w osiedlowym sklepie na obrzeżach Seulu pozostaje żywe przez lata”.

„Mały turysta” najchętniej oddaje się zwyczajnym czynnościom. Oto, co najbardziej lubi robić:

Zakupy w lokalnych sklepach i na targach: odkrywanie nieznanych produktów i smaków czy przeglądanie opakowań staje się ekscytującą przygodą poznawczą i daje wgląd w codzienne życie mieszkańców.

„Mikrospacery”: chodzenie po dzielnicach mieszkalnych i podziwianie ukwieconych ogródków i balkonów, detali architektonicznych, czytanie szyldów i tabliczek informacyjnych.

Niekonwencjonalne pamiątki: „mały turysta” rzadko kupuje masowo produkowane magnesy. Zamiast tego z podróży przywozi znaleziony na plaży kamyk, bilet tramwajowy, stare zdjęcie kupione na pchlim targu, podkładkę na piwo z lokalnego baru czy zapalniczkę z nadrukiem nazwy miejscowości.

Czynności dnia codziennego: jogging, robienie prania w lokalnej pralni samoobsługowej, spędzanie wieczorów na „nicnierobieniu”.

Czytaj więcej

Święty spokój nową miarą luksusu. Trend „silent travel” leczy przemęczonych

Zmierzch tradycyjnego marketingu

Raport zawiera również wskazówki dla twórców reklam turystycznych. Zdaniem autorów tradycyjny marketing turystyczny oparty na „pocztówkowych” widokach traci rację bytu.

W ankiecie przeprowadzonej na potrzeby raportu 49 procent badanych deklaruje, że to codzienne, lokalne doświadczenia nadają ich podróżom prawdziwy sens. Tylko 4 procent uważa, że kluczowe dla udanego wyjazdu jest „odhaczenie” obowiązkowych atrakcji. 53 procent osób przyznaje, że rzadko reaguje na tradycyjne reklamy biur podróży i miejsc, a kolejne 29 procent całkowicie je ignoruje. W kwestii wyboru kierunku najsilniej działają bezpośrednie rekomendacje (48 procent) i autentyczne treści znalezione w sieci (40 procent).

To jasny sygnał dla branży turystycznej i reklamowej – czas odejść od bezdusznych, idealnie wyselekcjonowanych ujęć z drona przedstawiających bezludne plaże czy luksusowe kurorty – podkreślają autorzy raportu. Odbiorcy poszukują historii autentycznych, specyficznych i osadzonych w realiach lokalnego życia. Prawdziwą wartość zaczynają mieć „mikronarracje” – historia kobiety, która od 20 lat przygotowuje lokalny przysmak na rogu ulicy, powie o danym miejscu więcej niż setna reklama biura podróży.

Z kolei influencerzy i twórcy treści internetowych powinni pamiętać, że wiarygodność w sieci nie polega dziś na pokazywaniu „ukrytych perełek”, które w chwilę po publikacji przestają być ukryte, ale na uczeniu wrażliwości, szacunku dla lokalnego rytmu i celebrowaniu prostych chwil.

A co wynika z tego dla samych turystów? Najpiękniejsze wspomnienia nie wymagają stania w dwugodzinnej kolejce po bilet. Czasem wystarczy usiąść na krawężniku, przekąsić coś lokalnego i po prostu obserwować, jak wokół toczy się zwyczajne życie.

Czytaj więcej

Polacy zmieniają wakacyjne nawyki. Wybierają mniejsze miejscowości i noclegi z kuchnią