O'Leary bije się w piersi i obiecuje poprawę

Przymykanie oka na rozmiary bagażu ręcznego, które minimalnie przekraczają ustalone wymiary, koniec z awanturami przy wejściu do samolotu oraz mniej pasażerów ubranych „na cebulkę”, żeby tylko zapłacić za bagaż jak najmniej

Publikacja: 23.09.2013 09:17

O'Leary bije się w piersi i obiecuje poprawę

Foto: Bloomberg

Ryanair postanowił zmienić wizerunek. Stało się to pod naciskiem opinii publicznej oraz pasażerów i akcjonariuszy. Zdaniem tych ostatnich fatalna opinia przewoźnika stała się już ograniczeniem możliwości dalszego rozwoju. W ostatni piątek akcjonariusze sypali jak z rękawa przykładami, jak to członkowie ich rodzin kategorycznie odmawiają wsiadania do samolotów Ryanaira i wolą latać z jego konkurencją.

I nie dziwili się, że na przykład hiszpańska królowa Zofia, kiedy leci do Londynu, nie korzysta z samolotu brytyjskiego easyJeta. Do Ryanaira nie wsiada. Nie do pomyślenia jest bowiem, żeby tak jak zdarzyło się to w irlandzkiej linii, pasażerowie stali w kołującej maszynie, bo tłumaczy im się, że zabrakło dla nich miejsc, chociaż część foteli jest odgrodzona taśmą. W tym czasie personel pokładowy wymusza na nich, żeby zapłacili za „wybór siedzenia". Po co to robi, skoro wie, że i tak nikt nie poleci na stojąco? Pewnie ktoś im powiedział, że mają tak robić.

— Coś jednak jest nie tak - mówił podczas piątkowego WZA, jeden z akcjonariuszy Owen O'Reilly. — Nie może liczyć się wyłącznie statystyka, że akcje są droższe i należy nam się dywidenda.

Wtedy prezes linii Michael O'Leary przyznał, że większość pomysłów „ćwiczenia" pasażerów na pokładzie, wymyślił on sam. — Biorę na siebie odpowiedzialność przynajmniej za część kultury machismo, która obowiązuje na pokładach naszych samolotów - powiedział.

Obiecał jednak, że szybko przygotuje inny model konsumencki. Jednocześnie kategorycznie wykluczył możliwość podania się do dymisji. — Tak, przyznaję, też mnie wkurza, kiedy nasi pracownicy karzą pasażerów, kiedy ich bagaż podręczny przekracza ustalone wymiary dosłownie o kilka milimetrów — mówił i zapowiedział, że od teraz obsługa w Ryanairze będzie przymykać oko na takie „przestępstwa". — Jeśli rzeczywiście będzie to milimetr, nie będziemy kazali dodatkowo płacić za ten milimetr — mówił O'Leary. A rzecznik linii szybko wyjaśnił, że nieprawdą jest, jakoby załoga była wynagradzana za to, że wyłapuje pasażerów ze zbyt dużym bagażem i zmusza ich do płacenia.

Prezes zapowiedział też, że od 1 października  aplikacja na smartfony, kosztująca dotychczas 3 euro, zostanie udostępniona bezpłatna. Od przyszłego lata proces rezerwacji miejsc ma być znacząco skrócony, natomiast przez zimę informatycy mają pracować nad zmianą strony internetowej.

Przewoźnik planuje również przekierowanie środków reklamowych ze „starych" do „nowych" mediów oraz sprzedawanie części biletów za pośrednictwem agentów, co z powodzeniem od jakiegoś czasu robi największy konkurent Ryanaira - easyJet. O'Leary przyznał, że easyJet oparł swoją strategię marketingową na bardziej przyjaznym wizerunku, niż ten na który zapracował sobie Ryanair.

Jakby na potwierdzenie istnienia mało eleganckich metod wyciskania pieniędzy z pasażerów przez Ryanaira, w irlandzkim wydaniu „Daily Mail" w ostatni piątek na pierwszej stronie opisał przypadek dublińskiego chirurga, który był zmuszany do dopłacenia 188 euro, kiedy chciał przyspieszyć wylot o kilka godzin, bo cała jego rodzina zginęła w pożarze. Nie mógł zrozumieć, że skoro były wolne miejsca, on nie mógł bezpłatnie zmienić rezerwacji w tak drastycznych okolicznościach.

O'Leary tym przeprosił, zgodził się na bezpłatną zmianę rezerwacji i powiedział, że także w przyszłości będzie osobiście interweniował w podobnych sytuacjach. To nie jest jednak duża różnica z dotychczas obowiązującymi zasadami. Dlatego analitycy sceptycznie są nastawieni do zmian w Ryanairze. Ich zdaniem model biznesowy pozostanie taki sam, bo na rynku pasażerowie cały czas szukają najniższych taryf, nawet za cenę upokorzeń.

— Teraz Ryanair czeka na nowe samoloty, więc ma trochę czasu, żeby popracować nad sobą - uważa jednak Stephen Furlong pracujący dla firmy konsultingowej Goodbody. No, bo przecież kogoś nowymi boeingami musi wozić. Stąd także, jego zdaniem, biorą się opowiadania O'Leary'ego o planach lotów długodystansowych, czy tworzeniu nowej linii w Stanach Zjednoczonych.

Ryanair postanowił zmienić wizerunek. Stało się to pod naciskiem opinii publicznej oraz pasażerów i akcjonariuszy. Zdaniem tych ostatnich fatalna opinia przewoźnika stała się już ograniczeniem możliwości dalszego rozwoju. W ostatni piątek akcjonariusze sypali jak z rękawa przykładami, jak to członkowie ich rodzin kategorycznie odmawiają wsiadania do samolotów Ryanaira i wolą latać z jego konkurencją.

I nie dziwili się, że na przykład hiszpańska królowa Zofia, kiedy leci do Londynu, nie korzysta z samolotu brytyjskiego easyJeta. Do Ryanaira nie wsiada. Nie do pomyślenia jest bowiem, żeby tak jak zdarzyło się to w irlandzkiej linii, pasażerowie stali w kołującej maszynie, bo tłumaczy im się, że zabrakło dla nich miejsc, chociaż część foteli jest odgrodzona taśmą. W tym czasie personel pokładowy wymusza na nich, żeby zapłacili za „wybór siedzenia". Po co to robi, skoro wie, że i tak nikt nie poleci na stojąco? Pewnie ktoś im powiedział, że mają tak robić.

Turystyka
Kompas Wakacyjny 2017: W Grecji Mitsis nie do pobicia
Turystyka
Kompas Wakacyjny 2017 pomaga w pracy agenta
Turystyka
Kompas Wakacyjny 2017: „Strelicje" pokonały „Ślicznotkę"
Turystyka
Turcy mają nowy pomysł na all inclusive
Turystyka
Włoskie sklepiki bez mafijnych pamiątek
Materiał Promocyjny
CERT Orange Polska: internauci korzystają z naszej wiedzy