Przewodnicy z bastionu socjalizmu

Deregulacji zawodu przewodnika turystycznego sprzeciwiają się firmy, które zarabiają nie tylko na oprowadzaniu wycieczek, ale też na szkoleniach

Publikacja: 05.05.2012 10:08

Przewodnicy z bastionu socjalizmu

Foto: Fotorzepa, Jakub Ostałowski JOsta Jakub Ostałowski

Szef resortu sprawiedliwości Jarosław Gowin przyznaje, że nie spodziewał się aż takiego oporu w wypadku zniesienia licencji na oprowadzanie turystów. – Zostaliśmy wręcz zasypani protestami w tej sprawie. Wyglądało to na dobrze skoordynowaną akcję – mówi „Rz".

O ile zrozumiałe są argumenty, że przewodnik wysokogórski odpowiada za bezpieczeństwo wycieczek, o tyle brak przeciwwskazań tego typu dla ludzi chcących oprowadzać turystów po Krakowie, Wrocławiu czy Warszawie.

Marek Frysztacki z krakowskiego biura Marco der Pole, wyspecjalizowanego w turystyce dla niemieckich gości popiera pomysł Gowina. – Znam wielu fachowców, ludzi z autentyczną pasją, którzy potrafią w fascynujący sposób się nią dzielić. Zatrudniałbym ich, choć nie mają licencji – mówi.

Dodaje, że w sporze nie chodzi wyłącznie o rynek usług przewodnickich, lecz także szkoleń. – Kurs przewodnicki trwa nawet dwa lata i kosztuje około dwóch tysięcy złotych. Ludzie uczą się na nim rzeczy, które są wymagane na egzaminie, ale nigdy potem im się nie przydadzą. No, chyba że będą szkolić innych przewodników – mówi Frysztacki.

Dr Piotr Gontarczyk z Instytutu Pamięci Narodowej zwraca uwagę na jeszcze jeden aspekt sprawy. – Rynek usług turystycznych, zwłaszcza dla obcokrajowców, był w PRL pod ścisłym nadzorem komunistycznych służb specjalnych – kontrwywiadu i wywiadu, zarówno cywilnego, jak i wojskowego – mówi.

Dodaje, że zna liczne przypadki, gdy funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa, którzy musieli odejść, lokowani byli jako agentura w Orbisie i innych firmach turystycznych. – Firmy takie obok central handlu zagranicznego, związków sportowych czy Polskiego Związku Łowieckiego to miejsca, w których wpływy funkcjonariuszy komunistycznych służb nadal są bardzo silne – mówi Gontarczyk.

Dr hab. Bożena Szaynok z Uniwersytetu Wrocławskiego specjalizująca się w historii Żydów i stosunkach polsko-izraelskich czasem opowiada znajomym o Wrocławiu. Nie ma licencji przewodnickiej. – Jakiś czas temu oprowadzałam klasę mojej córki po dzielnicy Pawłowice. Jednak nie zdecydowałabym się na oprowadzanie wycieczek po Wrocławiu. Musiałabym się podszkolić – mówi.

Frysztacki dobrze zna rynek przewodnicki w Berlinie. – Funkcjonują tam przewodnicy z licencjami i bez. Nikt nie ściga tych bez licencji, a często są to osoby mające wyjątkową wiedzę. Zresztą uzyskanie tam licencji jest znacznie łatwiejsze niż w Krakowie – mówi.

Szef resortu sprawiedliwości Jarosław Gowin przyznaje, że nie spodziewał się aż takiego oporu w wypadku zniesienia licencji na oprowadzanie turystów. – Zostaliśmy wręcz zasypani protestami w tej sprawie. Wyglądało to na dobrze skoordynowaną akcję – mówi „Rz".

O ile zrozumiałe są argumenty, że przewodnik wysokogórski odpowiada za bezpieczeństwo wycieczek, o tyle brak przeciwwskazań tego typu dla ludzi chcących oprowadzać turystów po Krakowie, Wrocławiu czy Warszawie.

Pozostało 81% artykułu
Turystyka
Kompas Wakacyjny 2017: W Grecji Mitsis nie do pobicia
Turystyka
Kompas Wakacyjny 2017 pomaga w pracy agenta
Turystyka
Kompas Wakacyjny 2017: „Strelicje" pokonały „Ślicznotkę"
Turystyka
Turcy mają nowy pomysł na all inclusive
Turystyka
Włoskie sklepiki bez mafijnych pamiątek
Lotniska
Tadeusz Syryjczyk: Rozbudowa lotniska w Radomiu to wyrzucanie pieniędzy