Thai Airways poleci do Warszawy

Nie popełniamy kardynalnych pomyłek - mówi Charamporn Jotikasthira, prezes Thai Airways International, opisując proces restrukturyzacji azjatyckiego przewoźnika

Publikacja: 08.09.2016 09:00

Charamporn Jotikasthira, prezes Thai Airways International

Charamporn Jotikasthira, prezes Thai Airways International

Foto: materiały prasowe

Rz: Kilka tygodni temu byliśmy świadkiem zamachów terrorystycznych w Tajlandii. Ich celem były miejscowości turystyczne. Czy w Thai Airways odczuliście w związku z tym spadek rezerwacji?

Charamporn Jotikasthira: Nie widzimy negatywnego wpływu tych zdarzeń na rezerwacje, a zazwyczaj jest tak, że pasażerowie reagują natychmiast. Tym razem tak nie było. Przez cały sierpień, a także we wrześniu, mimo że nie jest to w naszym kraju środek sezonu, samoloty są niemal pełne. Obłożenie wynosi ponad 90 procent. W naszym wypadku jednak autorem zamachów nie były organizacje z zewnątrz, to opozycja starała się w ten sposób zdyskredytować politykę rządu, który zresztą w tym wypadku poradził sobie ze skutkami tych działań.

Jak w takim razie wygląda ruch w drugą stronę? Czy był dołek w rezerwacjach do Europy po zamachach w Paryżu na na Lazurowym Wybrzeżu?

Był spadek, nie więcej jednak niż o około 4 procent w ciągu jednego miesiąca, biorąc pod uwagę wszystkie rejsy europejskie. Chociaż nie ukrywam, że kiedy kilka dni temu usłyszałem o nowej bombie w Brukseli, byłem poważnie zaniepokojony. Bo nie mamy gwarancji, że to się nie powtórzy. Moim zdaniem na biznes lotniczy większy wpływ będzie miał Brexit i deprecjacja funta. Już widzimy większe zainteresowanie Azjatów podróżami do Wielkiej Brytanii, ale i zmniejszenie popytu ze strony Brytyjczyków. Na razie planujemy zwiększenie liczby rejsów na trasie Bangkok – Londyn do dwóch dziennie.

Przeprowadził pan restrukturyzację Thai Airways, które są linią państwową. Jakie były największe wyzwania, którym musiał pan sprostać?

Oczywiście porozumienie ze związkami zawodowymi. I najróżniejsze regulacje, które w naszym kraju obowiązują w firmach państwowych: na przykład, że nie wolno zwalniać pracowników. Trzeba im zapłacić tyle, by zgodzili się dobrowolnie odejść. Oczywiście jest to wykonalne, ale dla finansów firmy to katastrofa, bo zamiast inwestycji musi płacić odprawy. Ale w przypadku Thai Airways był jeszcze jeden element. Firma popełniała wiele błędów, a niewiele z jej działań miało rozsądne uzasadnienie biznesowe. Kiedy zabierałem się do tej restrukturyzacji, musiałem przede wszystkim powstrzymać podejmowanie błędnych decyzji, a potem zwiększyć liczbę tych uzasadnionych biznesowo: zebrać odpowiednich ludzi, którzy będą chcieli uczestniczyć w tym procesie, uprościć procedury zarządcze.

Zanim zdecydowałem się przyjąć to stanowisko, przez pół roku analizowałem, co się dzieje w Thai Airways, i wszystko sprawdzałem w podręcznikach opisujących zarządzanie liniami lotniczymi. Zorientowałem się, że jeśli uda nam się wykonać te zalecenia chociaż w 80 procentach, to Thai wyjdzie z kłopotów finansowych. I tak się stało.

Czy teraz udaje się unikać błędów?

Nie popełniamy kardynalnych pomyłek. Chociaż wiem, że np. rezygnacja z niektórych połączeń, bo drastycznie ograniczaliśmy koszty, była błędem. Z tego powodu straciliśmy przynajmniej 10 mln dolarów rocznie. Niestety, nadal mam wrażenie, że nasz produkt w porównaniu z tym, co oferuje konkurencja, jest zbyt kosztowny. Jeszcze drożej – bo 400 mln dolarów – kosztowało nas pozbycie się maszyn, które były nieodpowiednie dla naszych operacji. Ale w tym wypadku trzeba to było zrobić raz a dobrze. Znacznie drożej wyszłoby, gdybyśmy ten proces ciągnęli w nieskończoność: trzy typy samolotów, nieskończona liczba rodzajów części zapasowych, specjalne zespoły mechaników. To było nie do utrzymania i pogłębiało niewydolność Thai Airways. A jeśli jest taki słaby punkt, to trzeba jak najszybciej się z nim pożegnać.

Thai musi się zmagać z konkurencją przewoźników niskokosztowych, a także agresywnych linii arabskich, które chętnie wożą pasażerów do Azji. Czy sądzi pan, że taką bitwę można wygrać?

Konkurencja z obydwu stron pokazuje, jak dalece niewydolni jesteśmy w tym, co robimy. I nie ma innego wyjścia, jak wziąć byka za rogi. Tyle że nie jesteśmy lotniczymi geniuszami i jeśli Lufthansa nie potrafi sobie poradzić z tym problemem, tak samo zresztą jak i Singapore Airlines czy linie japońskie, to nam nie pozostaje nic innego, jak uważnie obserwować, co robią inni przewoźnicy. Wiem już, że jesteśmy w stanie konkurować w przewozach bezpośrednich. Pasażer woli lecieć dłużej, przespać się w samolocie, a nie wysiadać w połowie nocy i czekać na przesiadkę. Ale będziemy przegrywać w rejsach transferowych i na lotniska drugorzędne. Przynajmniej do czasu, kiedy będziemy mieli odpowiednie mniejsze samoloty, bo o wszystkim musi decydować ekonomia.

Przyzna pan jednak, że linie z Azji Południowo-Wschodniej, które kiedyś były punktem odniesienia dla luksusowych podróży lotniczych, straciły w konkurencji z liniami arabskimi. Czy zamierzacie walczyć o tę utraconą pozycję?

Po pierwsze, musimy mieć lepszy PR, bo nasza arabska konkurencja bardzo skutecznie chwali się jedynie wyższymi klasami podróży, natomiast nie pokazuje, że na niższym pokładzie A380 panuje wręcz ścisk. Chyba nawet mój syn, którego nie rozpieszczam podróżami, nie poleciałby w takich warunkach. Ale zgadzam się, ich pierwsza klasa, tak samo jak biznes, to doskonały produkt. Natomiast reszta wygląda jak low-cost.

Thai Airways, tak samo jak LOT, należy do tego samego sojuszu lotniczego – Star Alliance. O ile się orientuję, linie nie podpisały ze sobą żadnych dwustronnych porozumień, chociaż jest już ruch turystyczny na trasie Warszawa – Bangkok. Czy planuje pan takie porozumienie z LOT-em?

Oczywiście. Rozmawialiśmy już z prezesem Rafałem Milczarskim o porozumieniu w sprawie wspólnych rezerwacji na połączenia, z których korzystają polscy pasażerowie, ale wiem, że i Tajowie coraz częściej latają do Polski. I z pewnością Warszawa jest dla nas jednym z europejskich portów, które uważnie obserwujemy. Na razie jeszcze Thai Airways nie lata do Warszawy. Ale poleci. Chociaż niestety nie stanie się to w najbliższych miesiącach. Na razie jedynym łącznikiem są czartery LOT-u.

Charamporn Jotikashira jest z wykształcenia inżynierem i informatykiem, absolwentem Harvardu i Massachusetts Institute of Technology. Prezesem Thai Airways jest od grudnia 2014 roku. Wcześniej był prezesem Giełdy Papierów Wartościowych w Bangkoku i Siam Commercial Bank. Ma 59 lat.

Rz: Kilka tygodni temu byliśmy świadkiem zamachów terrorystycznych w Tajlandii. Ich celem były miejscowości turystyczne. Czy w Thai Airways odczuliście w związku z tym spadek rezerwacji?

Charamporn Jotikasthira: Nie widzimy negatywnego wpływu tych zdarzeń na rezerwacje, a zazwyczaj jest tak, że pasażerowie reagują natychmiast. Tym razem tak nie było. Przez cały sierpień, a także we wrześniu, mimo że nie jest to w naszym kraju środek sezonu, samoloty są niemal pełne. Obłożenie wynosi ponad 90 procent. W naszym wypadku jednak autorem zamachów nie były organizacje z zewnątrz, to opozycja starała się w ten sposób zdyskredytować politykę rządu, który zresztą w tym wypadku poradził sobie ze skutkami tych działań.

Pozostało 88% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Turystyka
Kompas Wakacyjny 2017: W Grecji Mitsis nie do pobicia
Turystyka
Kompas Wakacyjny 2017 pomaga w pracy agenta
Turystyka
Kompas Wakacyjny 2017: „Strelicje" pokonały „Ślicznotkę"
Turystyka
Turcy mają nowy pomysł na all inclusive
Turystyka
Włoskie sklepiki bez mafijnych pamiątek