Na podróże warto wydać każde pieniądze

Materiały prasowe

Czego uczą podróże? Co jest niezbędne do prowadzenia biznesu turystycznego? Czy teraz łatwiej organizować wycieczki niż dawniej? – prezes biura podróży Itaka, Mariusz Jańczuk, dzieli się refleksjami z 30 lat pracy touroperatora

Czego uczą podróże?

Pokory, cierpliwości, tego, że nie ma brzydkich miejsc – wszędzie na świecie można odkryć jakieś piękno, jeśli nie w krajobrazie, to w przyrodzie czy w historii.

Podróże uczą tolerancji dla odmienności. Kiedyś, podobnie jak wielu Polaków wyjeżdżających za granicę, oceniałem kraje przez pryzmat naszej rzeczywistości, nie myśląc, że ich mieszkańcy wyrośli w odmiennej kulturze, że mają inne przyzwyczajenia i punkty odniesienia. Fantastycznie jest wyjść czasem z własnych mazowieckich butów i popatrzeć na tych ludzi z innej perspektywy. To są te wielkie rzeczy, których uczą podróże.

Wielu Polaków potrafi zrozumieć i docenić odmienność, ale nadal spora część patrzy na odwiedzane miejsca przez pryzmat własnych doświadczeń, a to błąd. Na przykład jadą do wspaniałego kraju, jakim jest Madagaskar, i narzekają na stan dróg. To prawda, drogi są tam fatalne, ale za to przyroda jest fantastyczna, a ludzie mimo że biedni, są dużo szczęśliwsi niż my, potrafią się cieszyć małymi rzeczami. Na takich aspektach warto się koncentrować.

A czego uczy prowadzenie biznesu turystycznego?

Tego, że nic nie jest stałe, czy dane raz na zawsze. Na przestrzeni ostatnich 30 lat działalności Itaki branża turystyczna przeszła kompletną przemianę. Nie da się prowadzić biznesu w tym sektorze nie będąc otwartym na nowości, także technologiczne. Nowoczesne rozwiązania pożerają touroperatorów działających w klasyczny sposób. Właściwie jedynym krajem, w którym tradycyjne biura podróży jeszcze istnieją, są Niemcy. W pozostałych duża część biznesu przenosi się do internetu. Klienci kupują pakiety dynamiczne (oferty składane według konkretnych wytycznych turysty, tworzone z usług dostępnych w momencie wyszukiwania – red.) lub pojedyncze świadczenia.

Inaczej niż kiedyś współpracuje się także z partnerami. Wcześniej linie lotnicze cieszyły się, że w ogóle chcemy złożyć u nich zamówienie, dziś popyt na przeloty jest tak duży, że przewoźnicy nie są w stanie obsłużyć wszystkich touroperatorów. Pomijam już obecne turbulencje wynikające z uziemienia boeingów 737 Max. Biura podróży borykają się też z brakiem slotów na lotniskach (przedział czasowy, w którym samolot może wystartować, wylądować, lub przelecieć nad daną przestrzenią powietrzną. – red.), a ostatnio choćby z próbą zamknięcia przed nami Lotniska Chopina w Warszawie (prezes tego portu Mariusz Szpikowski zapowiedział, że na tym lotnisku jest za ciasno i namawia tanie linie i linie czarterowe do przeniesienia się do Radomia – red.).

Wspomniał pan o technicznych i technologicznych zmianach w otoczeniu biznesu turystycznego. Czy zmieniają się też klienci biur podróży? Mają inne potrzeby i oczekiwania niż ci sprzed kilkudziesięciu czy kilkunastu lat?

Polacy chcą wypoczywać na plaży, nad ciepłym morzem, korzystać z hotelowego all inclusive, niewiele oglądać i cieszyć się przyjemnymi chwilami. Ja to rozumiem i dlatego ułatwiamy im to. Ale istnieje też spora grupa ludzi, którzy mają inne potrzeby. Urlop wolą spędzić aktywnie, łączyć relaks ze zwiedzaniem. Oczekiwania bardzo się zmieniły – kiedyś wyznacznikiem jakości hotelu była szklana winda i fontanna, teraz w modzie są niewielkie obiekty z bungalowami, a nie z korytarzami ciągnącymi się kilometrami, trawa zamiast betonowych chodników.

Itaka stara się kreować trendy i pokazywać klientom nowe rzeczy, a przez to nakłaniać ich do innego stylu wypoczywania. Przykładem innowacyjnych produktów może być Madagaskar – będąc tam, trudno się zamknąć w hotelu i nie wyjść na zewnątrz. Wprowadzając taki produkt do sprzedaży, zmieniamy oczekiwanie klienta w stosunku do kierunku, sposobu spędzania wakacji. To oczywiście wiąże się z olbrzymimi inwestycjami, bo wypromowanie takich miejsc kosztuje miliony. Zawsze w pierwszym sezonie liczymy się z tymi wydatkami. Ale choć moglibyśmy się skupić na trzech najpopularniejszych kierunkach, robić tylko Grecję, Turcję i Hiszpanię, wolimy tworzyć wyjazdy w innym stylu i edukować klientów.

Jeśli sięgnie pan pamięcią wstecz, kiedy łatwiej się prowadziło biznes turystyczny – dawniej czy dzisiaj?

Zdecydowanie dawniej. Rynek był inny, konkurencja mniejsza, dużo prościej pozyskiwało się kontrakty samolotowe, dziś to naprawdę bardzo trudne. Postawię śmiałą może tezę, że za pięć lat, kiedy na rynku zostanie dwóch, najwyżej trzech dużych touroperatorów, nie pozostanie im nic innego, jak uruchomić własne linie lotnicze. Przy obecnej podaży samolotów, żaden z nich nie będzie mógł zaplanować takiej wielkości sprzedaży, jakiej by sobie życzył.

Lotnictwo świetnie się rozwija, mamy przecież coraz więcej linii lotniczych, połączeń…

Mam na myśli linie lotnicze oferujące usługi czarterowe. W zeszłym roku pod koniec sezonu upadła linia Small Planet, zostawiając touroperatorów z problemami i bez pieniędzy, które wpłacili jej jako kaucję. A teraz przyszłość kolejnych jest zagrożona choćby z powodu kłopotów z boeingami max. Wszyscy przewoźnicy, z którymi współpracujemy, są klientami Boeinga i mają uziemione obecnie samoloty w swojej flocie. Nie wiadomo, jak długo maszyny pozostaną na płytach lotnisk. Linia Smartwings (Itaka korzysta z jej usług – red.) wysłała informację do swoich partnerów, że musi ograniczyć podaż o 20 procent, bo maxy stanowią właśnie 20 procent jej floty. Moim zdaniem przewoźnicy czarterowi się nie rozwijają, zaczynają natomiast zmieniać model biznesowy. Część miejsc udostępniają biurom podróży, częściowo latają w rozkładzie regularnym.

Czy to znaczy, że każdy touroperator będzie musiał posiadać własną flotę?

Tak uważam, choć nie twierdzę, że będzie miał swoją linię lotniczą, w grę mogą wchodzić inne rodzaje współpracy. Brak odpowiedniej liczby miejsc w samolotach to jedno. Ale na to wyzwanie nakładają się inne, choćby wspomniany plan wyrzucenia czarterów z Lotniska Chopina. To potężne zagrożenie dla touroperatorów.

Tymczasem na Lotnisku Chopina zostanie LOT, który ma wiele slotów, w tym takie, z których teraz nie korzysta. Z pewnością będzie próbował zastąpić Ryanaira, który trochę operował z Lotniska Chopina, istnieje ryzyko, że przy braku oferty biur podróży z tego portu, przejmie część ich klientów.

Co jeszcze przeszkadza w prowadzeniu biznesu turystycznego w Polsce? Gdyby miał pan cudowną moc, to co by pan zmienił?

Przepisy dotyczące obowiązkowych gwarancji, które są dla nas bardzo kosztowne. Dla touroperatorów niekorzystne jest też, że nie mamy w kraju euro. Życzyłbym sobie też innego postrzegania naszego biznesu przez polityków. Wszystkim z zewnątrz wydaje się, że praca w turystyce to tylko podróże, a tak wcale nie jest. Nie wiedzą, jak trudny i wrażliwy na zewnętrzne, niezależne od nas, wydarzenia i warunki, biznes prowadzimy. I jak mało rentowny. W sezonie ogórkowym jesteśmy za to chłopcami do bicia – każdy lubi pisać o naszych wpadkach, za które tak naprawdę nie odpowiadamy. Często wynikają z problemów linii lotniczych, a ponieważ przeloty są składową pakietów, wina spada na nas.

Niektórym wydaje się, że mogą sobie sami być biurem podróży. Śmieszą mnie wpisy na portalach, że można latać za darmo, czy za pół darmo. To prawda, że na drugi koniec świata czasem udaje się dotrzeć za niewielkie pieniądze, tyle że taka podróż trwa nie 10, ale 40 godzin, z czego kilka spędza się na lotniskach. Czy to jest rozwiązanie dla rodziny? Nie, raczej dla młodych ludzi. Często tanie bilety oznaczają przylot na lotnisko, z którego dojazd do miejsca docelowego kosztuje więcej niż sam przelot.

Co ciekawe, kiedy podróżuje się na własną rękę, nie ma się takich wymagań, jakie się stawia touroperatorowi, kiedy się wykupi u niego ofertę. Nawet jeśli zdarzy się wpadka hotelarza w postaci nieudzielenia noclegu na jedną z kilku nocy, nikt nie składa reklamacji, bo godzi się z tym, że tak może się przecież zdarzyć. Gdyby podobnie zachowało się biuro podróży, nikt by mu nie przepuścił.

Gdyby miał pan zaczynać biznes jeszcze raz, to co by pan sobie zostawił na rozruch – zapas gotówki, notes z kontaktami do kontrahentów, czy grupę zaufanych pracowników? To jest pytanie o to, co jest najważniejsze w prowadzeniu biznesu turystycznego.

Potrzebne jest wszystko, co pan wymienił. Kiedyś można było robić interesy bez pieniędzy, dziś to niemożliwe. Kontakty są w tej branży, podobnie zresztą jak w innych, niezmiernie ważne, ale i zespół fachowców nie do przecenienia. Know-how biura leży w zespole ludzi, którzy znają się na pracy, angażują w nią, są kreatywni i samodzielni. Jeśli ktoś myśli, że może na dużą skalę prowadzić działalność turystyczną bez jednego z tych składników, to się myli.

Często wskazuje się, że Polacy stosunkowo mało wyjeżdżają za granicę. Procent korzystających z tego w stosunku do całego społeczeństwa jest stosunkowo nieduży.

Uważam, że potencjał jest co najmniej dwukrotnie większy. W niektórych krajach odsetek podróżujących jest trzy-, cztero-, a nawet pięciokrotnie większy niż u nas, ale nie sądzę, żeby w Polsce tak wiele osób zdecydowało się wyjeżdżać zagranicę. Myślę, że w perspektywie najbliższych pięciu lat rynek może urosnąć o 100 procent, przy czym nie mam na myśli tylko ludzi kupujących u touroperatorów, ale wszystkich, którzy będą jeździć za granicę, żeby wypoczywać.

To co dzisiaj hamuje Polaków?

Priorytety. Obserwuję, że więcej niż przeciętnie wyjeżdżają mieszkańcy zachodniej Polski, ci ze wschodniej i południowej zdecydowanie mniej. Niekoniecznie musi to być związane z zamożnością, raczej z potrzebami. Są ludzie, którzy chcą podróżować i poznawać innych, są i tacy, którzy wolą kupić telewizor i spędzać przed nim czas, czy zmienić samochód na nowy, który wzbudzi zazdrość u sąsiada.

Ostatnio dużo słyszymy o zagrożeniach, jak masowa turystyka, zmiana klimatu, zanieczyszczenie środowiska, w tym oceanów i smog w miastach. Strach wyjść z domu. Co pan radzi, żeby się nie zniechęcić do podróżowania?

Nie rozumiem, dlaczego miałoby się nie chcieć jeździć po świecie. Dla mnie podróże są sensem życia. Mogę zmieniać trasy z bardziej na mniej niebezpieczne, odnoszę się tu do miejsc, w których toczą się wojny lub dochodzi do zamachów terrorystycznych, ale nie przestanę podróżować.

Nie ma roku, żeby coś się nie działo na świecie, od ptasiej grypy, przez wybuchy wulkanów aż po fale uchodźców. A jednak ludzie podróżują, co najwyżej wybierają inne kierunki. Potrzeba poznawania nowych miejsc, kultur, wyrwania się z codziennej rutyny zawsze będzie istniała, niezależnie od tego, co się stanie.

A czy na świecie są jeszcze miejsca nieskażone, dziewicze, w których można zapomnieć o zagrożeniach cywilizacyjnych?

Nie mam nic przeciw wyjazdom organizowanym komercyjnie, to nasze zajęcie. Ale zawsze staramy się te wyjazdy czymś okrasić. Wyszukujemy miejsca takie jak Madagaskar, Zanzibar, które różnią się od typowych kurortów z promenadą, hotelami all inclusive i barami z identyczną muzyką. Proszę mnie źle nie zrozumieć, my taką ofertę chętnie dostarczamy, bo tego oczekują klienci.

Wracając do pytania, miejsc zupełnie nieodkrytych jest mnóstwo, a dla Itaki wprowadzanie ich na rynek jest bardzo ekscytujące. Cieszy nas świadomość, że gdyby nie my, pewnych ofert na rynku by nie było. Proszę pamiętać, że jako społeczeństwo zaczęliśmy podróżować na dużą skalę w połowie lat 90., więc jesteśmy stosunkowo młodymi turystami, ale już teraz sporo ludzi wie, że słynne all inclusive to nie zawsze najlepszy wybór. Co więcej, takie rozwiązanie często wiąże się z wieloma ograniczeniami, bo na końcu gość tak naprawdę dostaje to, co chce mu dać hotelarz. Wyjątkiem są obiekty, w których rzeczywiście z przyjemnością korzysta się z oferty. Myślę, że z czasem zainteresowanie formułą all inclusive będzie w Polsce malało, bo te pakiety nastawione są na ilość, a nie na jakość. Żebyśmy mogli poznawać kraje od kuchni, a w biurze podróży zamawiać tylko nocleg ze śniadaniem, musi wzrosnąć siła nabywcza Polaków. Ona rośnie, ale powoli.

„30 lat i jeszcze tyle do odkrycia” to slogan Itaki. Docieracie już do 113 krajów. Co jeszcze można odkryć?

Myślę, że przed Polakami jeszcze wiele do odkrycia. Na razie Polacy dobrze znają wybrzeże Morza Śródziemnego, Czerwonego i Czarnego. Z kierunków egzotycznych w ofercie czarterowej sprzedawane są przede wszystkim Kuba, częściowo Tajlandia i Zanzibar. Komercyjnie Polacy przejechali jakieś trzydzieści krajów, a jest ich na świecie ponad dwieście. Oczywiście miejsca, w których toczą się konflikty zbrojne są w naturalny sposób wyłączone z podróżowania, ale nadal olbrzymi potencjał tkwi w Azji, Afryce i Ameryce Południowej, a nawet w Europie. Przykładem może być Albania, która nagle bardzo zyskała na popularności.

Pańskie ulubione miejsce na świecie?

Kocham Kostarykę, ale kraj, który nigdy się nie nudzi, to Chile. Urzeka mnie tamtejsza kultura, gościnność ludzi, przyroda, różnorodność terenu. Mamy tam Patagonię z lodowcami i rzekami do raftingu, Ziemię Ognistą, miasta takie jak Santiago czy Valparaiso. Nie znam innego portowo-dekadenckiego miasta z tak bogatą ofertą kulturalną jak Valparaiso.

W Chile co dwieście kilometrów zmienia się krajobraz, a ma ono pięć tysięcy kilometrów długości. Jeżdżę tam co roku. W Ameryce Południowej bardzo lubię też Kolumbię, w czarnej Afryce Tanzanię, RPA, Zimbabwe, Zambię, Namibię i Madagaskar. W Azji perełką jest Iran, ale sankcje amerykańskie utrudniają latanie tam. Duży potencjał tkwi też w Birmie, Laosie, Kambodży, Indonezji i Filipinach. Trudniej wskazywać na Australię i Nową Zelandię, bo przeszkodą jest odległość.

Czy to są miejsca, które chciałby pan wprowadzić do oferty Itaki?

Jeśli chodzi o Afrykę i Azję tak, Ameryka Południowa leży trochę za daleko, żeby rozwijać tam turystykę masową z Polski. Ale proszę pamiętać, że większość naszych rodaków wypoczywa głównie w Grecji, Turcji i Egipcie, przed nimi jeszcze wiele do odkrycia w basenie Morza Śródziemnego, choćby w Hiszpanii, czy w Portugalii.

Te fascynujące, naturalne miejsca, które pan wymienia, są odległe od Polski. Polacy zobaczyli już to, co w zasięgu krótkiego lotu samolotem, teraz powinni oszczędzać na dalekie podróże?

Wszystkie materialne rzeczy, w tym samochód, którym jeszcze przed chwilą mogliśmy komuś zaimponować, starzeją się, stają niemodne, tracą wartość. Na podróże warto wydać każde pieniądze, bo to jest coś, co zostaje w nas na zawsze.

Rozmawiał Filip Frydrykiewicz

Rozmowa ukazała się w dodatku do „Rzeczpospolitej” pt. „ITAKA, 30 lat i jeszcze tyle do odkrycia”, wydanym 17 czerwca tego roku z okazji obchodzonego przez Itakę 30-lecia działalności.

Tagi:

Mogą Ci się również spodobać

Prywatne linie lotnicze podbijają Rosję

Sto pięć operujących w Rosji linii lotniczych przewiozło w 2019 roku 128,3 miliona pasażerów ...

Itaka odnowiła gwarancję

Biuro podróży Itaka, największe w kraju, uzyskało gwarancję ubezpieczeniową na kolejny rok działalności – ...

Zabytki techniki chcą przyciągać turystów zimą

Szlak Zabytków Techniki Województwa Śląskiego chce przyciągać turystów również zimą, dlatego część jego obiektów ...

Guest experience to sposób, żeby wygrać z konkurencją

Śledzimy opinie gości w internecie, rozmawiamy z nimi w hotelu, notujemy co lubią, a ...

Zbankrutował cypryjski Cobalt Air

Cobalt Air, linia lotnicza z Cypru, zakończył działalność. Pasażerowie po zwrot pieniędzy mają zgłaszać ...

Unia nie odpuszcza gdyńskiemu lotnisku

Odwołanie Komisji Europejskiej od wyroku w sprawie lotniska w Gdyni wpłynęło do unijnego Trybunału ...