Deregulacja, czyli jak nie zostałem przewodnikiem

Wbrew twierdzeniom przewodników, samo legitymowanie się uprawnieniami nie potwierdza ich wiedzy, a na pewno nie potwierdza kompetencji do oprowadzania turystów

Publikacja: 26.03.2012 10:05

Szymon Kaczmarek

Szymon Kaczmarek

Foto: Archiwum autora

Jakiś czas temu rozważałem pomysł zorganizowania wycieczek do Argentyny; takich nieszablonowych, dla małych grup. Pomyślałem, że skoro spędziłem w tym kraju ponad 4 miesiące, przemierzyłem kraj od Ziemi Ognistej aż po granicę z Boliwią, znam większość dużych miast, a po Buenos Aires poruszam się bez mapy dniem i nocą, mógłbym pokazać ten kraj innym, a przy okazji trochę zarobić. Znam język, zwyczaje oraz historię. Może nie wiem wszystkiego, ale, co tu dużo mówić, ten kraj mnie fascynuje. Siłą moich wycieczek byłoby moje doświadczenie, wiedza i pasja.

Sprawdziłem, jakie wymagania musiałbym spełnić, żeby założyć niewielkie biuro podróży i oprowadzać ludzi po kraju Maradony. Jest ich oczywiście niemało; niektóre standardowe, inne specyficzne dla branży, większość zrozumiałych, jedno nie - konieczność posiadania uprawnienia pilota wycieczek.

Jak się je zdobywa? Trzeba odbyć kurs. Trwa on parę miesięcy, kosztuje około 1300 zł. Zapoznałem się z programem. Mógłbym w czasie kursu w czasie 6 godzin nabyć "wiedzę o Polsce i świecie współczesnym", a w czasie 20 godzin wykładów poznać "historię kultury i sztuki". Na zajęciach z obsługi ruchu turystycznego poznałbym "rodzaje i specyfikę transportu turystycznego" oraz dowiedziałbym się o "kształtowaniu pozytywnego wizerunku kraju i biura podróży podczas imprezy turystycznej".

Oczywiście, wiadomo że sama wiedza to nie wszystko. W ramach zajęć praktycznych brałbym udział w zwiedzaniu Warszawy i dwudniowym wyjeździe do Pragi.

Po przeczytaniu programu uznałem, że przechodzenie przez taki kurs byłoby dla mnie swego rodzaju upokorzeniem, zatem na razie odsunąłem moje plany na bliżej nieokreśloną przyszłość. Po Argentynie oprowadzi turystów pilot, który może pierwszy raz będzie w tym kraju, ale odbył praktykę w Pradze i ma sześciogodzinną wiedzę o Polsce i świecie współczesnym. Aha, jeszcze jedno, zapomniałbym. W czasie kursu przez 45 godzin uczył się języka.

Nie wiem, czy poznał argentyński akcent, specyficzne słownictwo (nawet na autobus mówi się inaczej niż w Hiszpanii), czy historia sztuki obejmowała kolonialne budowle w Salcie i indiańskie fortyfikacje w Quilmes. Najistotniejsze jednak, że może poszczycić się dyplomem pilota wycieczek.

Bo tak naprawdę zdanie egzaminu niczego nie potwierdza. Poznanie każdego miejsca to godziny studiów i tygodnie badań. Zatem egzamin, który ma rzekomo potwierdzać wiedzę to fikcja; i każdy, kto choć trochę podróżował po świecie, kto zna jego różnorodność, kto ma choć trochę wyobraźni, doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Nie jest prawdą, że przewodnik, który zdał egzamin, opowie nam historię Krakowa lepiej niż osoba bez tego kursu. I nie ma absolutnie żadnej gwarancji, że pilot, który zdał egzamin, porządnie oprowadzi ludzi po Argentynie.

Brałem też udział w paru wycieczkach zorganizowanych. Widziałem z bliska działalność przewodników i pilotów wycieczek w różnych krajach.

Uważam, że po Warszawie czy Krakowie oprowadzać ludzi powinni przewodnicy, którzy znają doskonale historię miasta. Sam bardzo cenię takie osoby i denerwuje mnie, kiedy trafiam na przewodnika ignoranta. Doceniam starania obecnych przewodników w tym kierunku, ale to nie jest argument przeciwko uwolnieniu zawodu. Proszę bardzo, niech założą fundację lub stowarzyszenie, które będzie prowadziło profesjonalne kursy, nadawało certyfikaty. Niech powiedzą ludziom, że ci oto przewodnicy, po przejściu renomowanego kursu organizacji X, są specjalistami od Warszawy lub Krakowa. Jeśli potrafią to robić, jeśli znajdą klientów, którzy będą im za to płacić. Ale niech nie zabraniają innym wykonywania zawodu.

Jest wiele innych sposobów zagwarantowania wysokiego poziomu usług, w tym przede wszystkim opinia klientów, która akurat w sektorze turystycznym jest bardzo często podstawą wyborów.

Na koniec chciałoby się zaapelować do lobby podróżniczego, prawniczego i innych grup interesu, żeby nie traktowały ludzi jak idiotów, choć wiem, że znajdują się czasem tacy w grupach, które oprowadzają czy wśród klientów, których obsługują. Nie jest tak, że oto nagle po uwolnieniu zawodów znajdą się ludzie, którzy bez najmniejszej wiedzy, bez przygotowania zaczną się zajmować rzeczami, o których nie mają bladego pojęcia. Ludzie nie są idiotami. Każdy wie, że jeśli tak zrobi, to będzie to może błyskotliwy początek, ale i na pewno jednocześnie koniec jego biznesu.

A z drugiej strony, jeśli ktoś bardzo chce, to i przy obecnych regulacjach może oszukać klientów. Co zresztą dzieje się w naszym kraju każdego dnia. Prawnicy przyjmują sprawy, na których się nie znają, a piloci oprowadzają turystów po krajach, w których pierwszy raz stawiają stopę wraz grupą, dla której mają być przewodnikiem.

Ufamy im, bo mają zdany egzamin państwowy. Ufamy im do czasu, aż nie zostaje obnażony ich brak profesjonalizmu skrywany za autorytetem państwowego egzaminu.

Autor, z wykształcenia prawnik, jest podróżnikiem, prowadzi blog: www.podrozejozina.pl

Jakiś czas temu rozważałem pomysł zorganizowania wycieczek do Argentyny; takich nieszablonowych, dla małych grup. Pomyślałem, że skoro spędziłem w tym kraju ponad 4 miesiące, przemierzyłem kraj od Ziemi Ognistej aż po granicę z Boliwią, znam większość dużych miast, a po Buenos Aires poruszam się bez mapy dniem i nocą, mógłbym pokazać ten kraj innym, a przy okazji trochę zarobić. Znam język, zwyczaje oraz historię. Może nie wiem wszystkiego, ale, co tu dużo mówić, ten kraj mnie fascynuje. Siłą moich wycieczek byłoby moje doświadczenie, wiedza i pasja.

Pozostało 88% artykułu
Turystyka
Kompas Wakacyjny 2017: W Grecji Mitsis nie do pobicia
Turystyka
Kompas Wakacyjny 2017 pomaga w pracy agenta
Turystyka
Kompas Wakacyjny 2017: „Strelicje" pokonały „Ślicznotkę"
Turystyka
Turcy mają nowy pomysł na all inclusive
Turystyka
Włoskie sklepiki bez mafijnych pamiątek