Betlej: Unikać na wakacjach Włochów i Hiszpanów

Fot. AFP

Traveldata podtrzymuje swoją prognozę, że na początku czerwca epidemia w Europie będzie w fazie schyłkowej i będzie można odbudowywać ruch turystyczny. Touroperatorzy powinni jednak dobierać do oferty hotele, w których nie będzie Włochów, Hiszpanów, Szwajcarów i Austriaków. Dlaczego?

Sir John Edmunds z Centrum Modelowania Matematycznego Chorób Zakaźnych z London School of Higiene & Tropical Medicine wyraża opinię, że pandemia mogłaby skończyć się do czerwca pod warunkiem przestrzegania zaleceń WHO, wprowadzenia licznych ograniczeń podróży i mobilizacji w działaniu. Wiele innych modeli również wskazuje na mniej więcej ten sam okres, choć nie brakuje specjalistów sugerujących co najmniej kilkumiesięczny czas trwania pandemii (np. do września) lub nawet około dwuletni.

CZYTAJ TEŻ: Traveldata: Klienci wrócą do biur podróży w czerwcu

Warto jednakże zauważyć, że termin czerwcowy jest uwarunkowany założeniem racjonalnych działań, mających na względzie walkę z rozprzestrzenianiem się wirusa, co nie zawsze ma w Europie miejsce. Szczególnie mało odpowiedzialnie przez jakiś czas postępowali w tym względzie Włosi i Hiszpanie, którzy swoimi działaniami, a raczej ich czasowym brakiem, walnie przyczynili się do pogłębienia negatywnych gospodarczych efektów rozwoju epidemii.

Włochy i Hiszpania oddalają zakończenie epidemii

Traveldata od początku zajęcia się tą problematyką, czyli pod koniec lutego i na samym początku marca, sformułowała m.in. tezę, że szczyty zachorowań i zgonów w Europie wystąpią w ostatniej dekadzie tego miesiąca, przy czym ten pierwszy bliżej środka, a drugi pod jego koniec. Terminy te mogą ulec jednak pewnej korekcie właśnie z tego powodu, że Włosi i Hiszpanie dopuścili do chyba najbardziej niekorzystnego wariantu rozwoju epidemii.

ZOBACZ TEŻ: Betlej: Europa dwóch prędkości koronawirusa

Szybki wzrost liczby zachorowań wymusza później wiele restrykcji, w tym zdecydowane ograniczanie kontaktów międzyludzkich. Takie działania spowalniają wprawdzie dynamikę rozwoju wirusa, ale drogą spłaszczania krzywej zachorowań z wysokiego poziomu. Ratuje to wydolność mocno obciążonej w takiej sytuacji służby zdrowia, ale przedłuża czas trwania epidemii.

W zwykłych warunkach od przekroczenia apogeum rozwoju choroby potrzeba jeszcze kilku tygodni do jej wygaśnięcia, a następnie jeszcze kilku kolejnych do zracjonalizowania obaw turystów przed podróżami w zagrożone do niedawna regiony. Stąd pierwotny wniosek Traveldaty, że ruch turystyczny powinien pojawić się mniej więcej w połowie czerwca. Niewykluczone jednak, że być może Włochom i Hiszpanom „uda się” przesunąć ten termin nieco w czasie. O tym czy tak się stanie, będzie można wstępnie ocenić po wynikach rozwoju choroby w nadchodzącym tygodniu.

Koronawirus w Chinach prawie jak po sznurku

Rozwój sytuacji w zakresie rozprzestrzeniania się wirusa Azji Południowo-Wschodniej przebiega mniej więcej z zgodzie z racjonalnymi modelowymi przewidywaniami. W Chinach liczba nowych autonomicznych zachorowań stała się znikoma lub żadna, gdyż wykrywane przypadki dotyczą prawie wyłącznie osób powracających z zagranicy lub obcokrajowców czasowo przebywających w Chinach. Nieco mniej pewna – właśnie też z wymienionego ostatnio powodu – sytuacja jest w Korei Południowej, ale tym niemniej liczba zgonów w Azji Południowo-Wschodniej wynosi około 20 (ostatnie trzy dni 20, 17 i 23).

Stopniowo rośnie za to liczba zgonów w USA – odpowiednio 22, 28 i 49 i prawdopodobnie trend ten utrzyma się z powodu dość małej dyscypliny społecznej i napływu nowych osób via Kanada. USA jest na razie na ścieżce powtórzenia europejskich błędów tyle, że w relatywnie mniejszej skali.

W Europie krzywa zgonów jest wyraźnie wznosząca (ostatnie trzy dni 621, 737 i 832 przypadków) i napędzana jest głównie przez Włochy, ale ostatnio również przez Hiszpanię i Francję. Rozprzestrzenianiu wirusa sprzyjała dotychczas brak dyscypliny społecznej w tych krajach, choć ostatnio widać w tej kwestii poprawę we Włoszech (z bardzo słabej do umiarkowanie słabej).

Natomiast tzw. „szczep włoski” przestał już być tematem tabu, prawdopodobnie dlatego, że okazuje się on mniej groźny niż poufnie przypuszczano na co wskazuje rozwój choroby (zwłaszcza jej śmiertelność) w krajach wcześniej intensywnie infekowanych przyjeżdżającymi z Włoch turystami. Na potwierdzenie tej tezy trzeba jednak poczekać jeszcze 3-5 dni.

Chińska „norma” przyłożona do Europy

W Chinach od momentu istotniejszego rozwoju choroby, czyli modelowo od 18 stycznia – pierwsze dane WHO pochodzą z 22 stycznia, ale ich progresja pozwala przesunąć go o 4 dni wcześniej – do zupełnego zakończenia nowych „autonomicznych”, czyli nie przywiezionych z zewnątrz zakażeń minęło 60 dni. Do apogeum liczby nowych zachorowań (12 luty) minęło 25 dni, do apogeum liczby zgonów (18 luty) minęło 31 dni.

Do spadku liczby zachorowań do poniżej 200 (1 marca) minęło 43 dni, a do spadku liczby zgonów do poniżej 20 (10 marca – data przewidywana przez Traveldatę) minęło 52 dni.

Należy jednak pamiętać, że w Chinach, jak i w innych państwach Azji, panowała duża dyscyplina przestrzegania zaleceń władz, do czego niewątpliwie przyczyniał się system dolegliwych kar za odstępstwa od nakazów.

Gdyby jednak na chwilę teoretycznie założyć, że w Europie przebieg choroby byłby podobny jak w Chinach, to otrzymalibyśmy następujące kluczowe daty w krajach takich jak Włochy, Hiszpania i Polska.

We Włoszech za początek istotniejszych zachorowań (ujawnionych) można przyjąć 20 lutego, a zgonów 21 lutego (drugi zgon, gdyż przez wiele dni mieliśmy do czynienia tylko z pojedynczym mało reprezentatywnym przypadkiem), to apogeum zachorowań byłoby sytuowane w okolicach 16 marca, a zgonów w okolicach 23 marca.

Teoretyczna data szczytu zachorowań już minęła należy jednak wyraźnie zaznaczyć, że prawdopodobnie dopiero teraz włoskie służby medyczne nadrabiają zaległości w prawidłowym diagnozowaniu liczby chorych, która była do tej pory najprawdopodobniej zaniżona. Był i jest to jeden z powodów bardzo wysokiej śmiertelności wirusa w tym kraju o czym była już mowa w poprzednich materiałach.

W Hiszpanii za początek istotniejszych zachorowań można uznać datę 25 lutego (skok ich liczby z 1 do 6), a zgonów 3 marca (pierwszy zgon). Teoretyczny szczyt zachorowań w warunkach „ścieżki chińskiej” przypadałby 21 marca, a zgonów dopiero 2 kwietnia.

W Polsce odpowiednia data dla szczytu zachorowań to 29 marca (pierwszy przypadek 4 marca), a dla szczytu liczby zgonów 12 kwietnia (pierwszy przypadek 12 marca).

O ile w warunkach słabych obostrzeń i słabej dyscypliny społecznej we Włoszech i Hiszpanii daty te w widoczny już sposób uległy lub prawdopodobnie ulegną przesunięciu, o tyle w naszej rzeczywistości mogą one ulec przybliżonemu dotrzymaniu.

Słońce jednak zaszkodzi wirusowi

Na szczęście okazuje się też, że opinie licznych specjalistów, jak i polskiego premiera, że wirus może być odporny na wyższe temperatury najprawdopodobniej są błędne, gdyż według ostatnich badań jego aktywność powyżej 20 stopni Celsjusza zdecydowanie maleje. Najlepiej czuje się on w okolicach zaledwie 7-8 stopni Celsjusza.

Założenie o negatywnym oddziaływaniu wysokiej temperatury i słońca na wirusa wyraźnie przyjęła w swoim podejściu Traveldata, wychodząc z założenia, że jest on dość podobny do wirusa SARS z 2002 roku, co teraz potwierdzają specjaliści. Trzeba jednak rzetelnie przyjąć, że poprzednie twierdzenia lekarzy i premiera prawdopodobnie zawierały jednak podtekst dyscyplinujący społeczeństwo.

Panika złym doradcą ekonomicznym

Równoległym problemem wobec pogarszającej się sytuacji medycznej społeczeństw, spowodowanej postępami wirusa jest jego dewastujący wpływ na gospodarki państw. Można przy tym odnieść wrażenie, że poziom paniki na rynkach finansowych, nowe projekcje ekonomiczne i skala interwencji rządów i banków centralnych są w większości krajów nieadekwatne do skali problemu.

Rzecz jednak w tym, że odnoszą się one nie do sytuacji obecnej, ale do sytuacji potencjalnej, czyli przyszłej. Przykładem jest bardzo silna negatywna reakcja na rynku amerykańskim, gdzie liczba dziennych zgonów była dotąd zdecydowanie niższa od liczby zgonów wywoływanych w tym kraju przez zwykłą grypę (50-150 dziennie).

Wydaje się, że w tej sytuacji dużą rolę mogą odgrywać liczne wypowiedzi wirusologów, których mocny przekaz sytuuje prawdopodobną sumaryczną liczbę zarażonych na 20 do 80 procent społeczeństwa. Odnosząc to do „normy” śmiertelności według WHO, która wynosi średnio 3,4 procent daje to całkowicie monstrualną liczbę przypadków śmiertelnych.

Dla przykładu w Niemczech miałoby zachorować około 50 milionów obywateli, co oznacza potencjalną liczbę zgonów w wysokości 1,7 miliona, a przy mniejszej zachorowalności (korzystniejsze grupy krwi itp.) prognozy dla USA oscylują wokół setek tysięcy zgonów przy medianie 480 tysięcy.

Rzecz jednak w tym, że prawie pewne jest, że WHO znacznie przeszacowuje rzeczywistą śmiertelność choroby. Nie wynosi ona 3,4 procent, ale jak twierdzą niektórzy statystycy około 1 procenta, a możliwe, że jeszcze o połowę mniej (wg. Traveldaty).

Także projekcje odnośnie sumarycznych liczb zakażonych w poszczególnych krajach wydają się przesadzone. Jest wysoce prawdopodobne, że operowanie bardziej realistycznymi projekcjami pozwoliłoby na bardziej racjonalne poufne oceny rzeczywistego zagrożenia przez menedżerów, aczkolwiek dla utrzymania dyscypliny społecznej korzystne są jednak wyższe wartości tego wskaźnika.

Koronawirus może grasować w hotelach

Jak patrzeć w tej sytuacji na sezon letni w turystyce wyjazdowej? Wydaje się, że kluczem do sukcesu będzie w nim zabezpieczenie niskiego ryzyka zachorowań w trakcie sezonu (zwłaszcza w pierwszej jego części) dla klientów danego biura podróży na przykład poprzez wyeliminowanie z oferty hoteli, do których organizator będzie wysyłał swoich klientów, w których jednocześnie mogliby przebywać przedstawiciele najbardziej ryzykownych nacji: Włosi, Hiszpanie, Szwajcarzy i Austriacy.

Więcej niż jeden przypadek zarażenia się osób przebywających z danym organizatorem w danym obiekcie mogą – przy obecnym nastawieniu mediów – w dużej mierze zaprzepaścić możliwości zrealizowania efektywnego sezonu.

Może się okazać, że ruch turystyczny niskiego ryzyka będzie przebiegał pomiędzy krajami źródłowymi o względnie niewielkiej liczbie zachorowań, a krajami docelowymi o podobnie niskich parametrach. Turystów z krajów o wysokim (obecnie jest to nieraz kilkadziesiąt razy) ryzyku roznoszenia choroby trzeba będzie zdecydowanie unikać.

Miedzy innymi w tym celu, dla ułatwienia zorientowania się w relatywnej skali wymienionego wyżej ryzyka Instytut Traveldata prezentowała w materiale poniedziałkowym mapę ilustrującą gęstość nowych zachorowań w poszczególnych krajach źródłowych i docelowych.

Autor jest prezesem Instytutu Badań Rynku Turystycznego Traveldata

Tagi:

Mogą Ci się również spodobać

Więcej inwestycji w hotele

Rosnąca liczba turystów i wydarzeń biznesowych napędza polski rynek hotelowy. W 2018 roku hotele ...

Belgia skontroluje pasażerów szybkich kolei

Rząd w Belgii wprowadza dodatkowe zabezpieczenia na dworach kolejowych w związku z zagrożeniem terrorystycznym. ...

Betlej: Ostrożny optymizm biur podróży

Rośnie sprzedaż w biurach podróży, rosną też ceny wycieczek. Touroperatorzy nie mogą jednak wpadać ...

Francuzi niepewni wyjazdów do Chin

Francuskie władze zaapelowały do swych obywateli przebywających w Chińskiej Republice Ludowej „o większą ostrożność” ...

Rynek Galicyjski popularny jak nigdy dotąd

Prawie 150 tysięcy ludzi odwiedziło w tym roku Rynek Galicyjski w Muzeum Budownictwa Ludowego ...

W biurach podróży Grecja już druga, przegoniła Egipt

Choć sprzedaż wyjazdów w biurach podróży jest gorsza niż rok temu o tej porze, ...