Plany zbierania danych z serwisów społecznościowych od ludzi przekraczających granice Stanów Zjednoczonych po raz pierwszy pojawiły się latem tego roku. Wówczas Waszyngton spotkał się z falą krytyki, nie tylko ze strony osób prywatnych, lecz także branży internetowej. Prywatnych użytkowników sieci, obawiających się, że plany rządu USA za bardzo wkraczają w sferę ich życia, naruszając prawo do prywatności, poparło m.in. Stowarzyszenie Internetowe, do którego należą Facebook, Google i Twitter.

Teraz nowe regulacje ponownie wywołują emocje, bo administracja Obamy nie uwzględniła wcześniejszych protestów i argumentacji. – Istnieje niewiele zasad określających, w jaki sposób te informacje są zbierane, zarządzane i przekazywane do innych agencji. Nie ma też wytycznych dla rządu w sprawie wykorzystania tych danych – mówi Michael W. Macleod-Ball, szef zespołu w waszyngtońskim biurze Amerykańskiego Związku Wolności Obywatelskich (American Civil Liberties Union), cytowany przez portal Politico. Macleod-Ball przyznaje, że rząd ma prawo do zbierania pewnych informacji, ale byłoby miło, gdyby wziął pod uwagę obawy o ochronę prywatności, jakie wyrażają od dawna niektóre grupy.

Rzeczniczka Służb Ochrony Granic (Customs and Border Protection) powiedziała jednak w rozmowie z Politico, że nowe regulacje mają pomóc zidentyfikować potencjalne zagrożenia. Wcześniej zapewniała, że ci, którzy nie podadzą internetowych danych, nie otrzymają z tego powodu odmowy przekroczenia amerykańskiej granicy.

Na razie pracownicy służb celnych proszą o dobrowolne podawanie adresów profili w mediach społecznościowych. W formularzu wymieniono takie platformy jak Facebook, Google+, Instagram, LinkedIn i YouTube, pozostawiając miejsce na wpisanie innych serwisów, w których turysta może być aktywny. Regulacje dotyczą obywateli 38 krajów, którzy mogą wjeżdżać na teren Stanów Zjednoczonych bez konieczności wyrabiania wizy, jedynie na podstawie elektronicznych deklaracji (Visa Waiver Program).

Zainteresowanie kontami społecznościowymi odwiedzających pojawiło się w momencie, gdy okazało się, że jeden z zamachowców z San Bernardino w Kalifornii, zamieszczał w tego typu portalach wiadomości o charakterze popierającym dżihadystów. Komentarze były jednak pisane pod pseudonimem na zamkniętym forum.