Filip Frydrykiewicz: Jak pan trafił do hotelarstwa?

Władysław Grochowski, prezes Arche: Nie zakładałem wcale, że zostanę hotelarzem, to samo przyszło, wraz z rozwojem firmy i dodawaniem kolejnych inwestycji. Pierwszym naszym hotelem był przerobiony biurowiec w Siedlcach, na 30 pokojów.

Prawdę mówiąc nie czuję się hotelarzem. Różne organizacje i środowiska próbują mnie wciągnąć do współpracy, ale trzymam się na uboczu. Nie mam czasu, poza tym wolę pozostać wolnym człowiekiem.

Robienie konkretnego projektu, to jest dla mnie najciekawsze w życiu. Chociaż, kiedy zaczynam taki projekt, wcale nie mam go w głowie w całości, improwizuję. Działam na zasadzie, że trzeba to zrobić, że to ma sens, bo jak nie ja, to nikt tego nie zrobi.

Tak, ale kiedy ma pan już w głowie tę ogólną koncepcję, siada pan ze współpracownikami – tak to sobie wyobrażam – i obudowuje tę koncepcję biznesplanem, liczy, czy to się w ogóle opłaca.

Nie, nigdy nie liczyłem. Gdybym liczył, to pewnie nic by z tego nie wyszło [śmiech]

CZYTAJ TEŻ: Arche postawiło stopę w północnej Wielkopolsce

Niemniej jednak wszystkie pańskie inwestycje są finansowo trafione?

Nie, nie zawsze. Ale, jeśli tak się zdarzy, to szczególnie mnie to nakręca – co zrobić, żeby taki obiekt był jednak rentowny? Cieszę się, bo mogę dalej nad nim pracować.

Autopromocja
Subskrybuj nielimitowany dostęp do wiedzy

Unikalna oferta

Tylko 5,90 zł/miesiąc


WYBIERAM

Grupa Arche dysponuje już 15 hotelami. Są wśród nich hotele miejskie, biznesowe i są w obiektach historycznych o bardzo różnej proweniencji (dawny pałac, zamek, koszary, fabryka papierosów, cukrownia). Każdy jest inny. Nie łączy ich pan w jedną rozpoznawalną sieć, w której każdy obiekt miałby zestaw tych samych cech. Panuje duży eklektyzm.

Zgadza się, jedyną zasadą jest ta zasada, żeby każdy hotel był inny.

Zresztą odchodzimy już od budowania nowych obiektów. Za dużo jest w kraju zabytków, które wymagają ratowania, a lokowanie w nich hoteli jest czasem jedyną dla nich szansą. W tej dziedzinie widzę nieograniczone możliwości.

Niestety, jest wiele obiektów, które inni najchętniej skazaliby na zagładę. Ponieważ nie mogą, bo są one wpisane na listę zabytków, zdarzają się w nich pożary lub katastrofy budowlane, mające być pretekstem do rozbiórki.

My podejmujemy się zwykle ratowania obiektów w miejscach nieoczywistych, w których nikt inny nie chce. Nie sztuka zająć się obiektem w środku miasta.

Jak do tego dochodzi?

Niemal codziennie dostaję sygnały i propozycje takich miejsc i obiektów. Mam całe segregatory, ale nie zastanawiam się, który wybrać na następną inwestycję, zwykle decyzję podejmuję, kiedy pojadę i zobaczę taki obiekt na miejscu. Kieruję się emocjami.

Co powoduje te emocje?

Duch miejsca, dla mnie szczególnie interesujące jest, jeśli obiekt był zostawiony sam sobie przez wiele lat, i historia.

W Żninie trafiłem na żółtą książeczkę wydaną na stulecie cukrowni, którą zbudowano w 1894 roku. To wzbudziło moje emocje i pobudziło wyobraźnię. Tymczasem teren był już dzielony na działki, dawne budynki miały zniknąć. Wstyd dla nas Polaków, że nie szanujemy swojej historii.

To było wyzwanie niesamowite. Przyznam, że sam miałem duże wątpliwości, a mój brat chodził długo struty, obawiał się, że to będą utopione pieniądze. Tym bardziej, że w trakcie przygotowań okazało się, że nie możemy liczyć na dotację z Unii Europejskiej w wysokości jednej trzeciej ze 100 milionów złotych, na jakie szacowaliśmy tę inwestycję, a dwa banki odmówiły nam kredytu. Byłem jednak tak zdeterminowany i tak się przywiązałem do tej myśli, że uratujemy cukrownię, że postanowiłem zrealizować ją całkowicie ze środków własnych.

Dlaczego pan to robi? Mówi pan, że kierują panem emocje, ale te emocje skądś się biorą, z czegoś wyrastają. Czy to współczesna forma patriotyzmu?

Nie lubię nadużywania wielkich słów, ale można tak to nazwać.

Czy podjąłby się pan zainwestowania w zamek średniowieczny?

Zdecydowanie tak, ale nie na zasadzie odbudowywania go, jak dekoracji, ale wmontowania w nowoczesną architekturę, może z dużą ilościa szkła.

Na szczęście poglądy konserwatorów zabytków się zmieniają. Dawniej byli bardzo zachowawczy, uważali, że odtwarzanie jest najlepsze, a teraz dopuszczają łączenie starych murów z nowoczesnymi. Oczywiście najważniejsze, żeby była w tym logika i spójność.

Ostatnio media obiegły zdjęcia z lotu ptaka dwóch gigantycznych inwestycji – hotelu Gołębiewski w Pobierowie nad morzem i zamku wybudowanego na sztucznej wyspie w Puszczy Noteckiej. Takie inwestycje są zaprzeczeniem tego co pan robi. Jak pan widzi coś takiego, to co pan myśli?

Nie interesuję się zbytnio takimi inwestycjami, ale te zdjęcia akurat widziałem. Nie akceptuję tego. To zupełne absurdy. Wypaczenie pojęcia estetyki i ingerowanie w przyrodę.

Powinniśmy z szacunkiem podchodzić do natury. Często też w miastach zdarzają się inwestycje nie dla ludzi, mające być raczej manifestacją możliwości technologicznych i popisem architektów. Człowiek jest w tym zagubiony, nie sadzę, żeby ludzie się w tym dobrze czuli, mimo namiastki przyrody w postaci posadzonych kilku roślin na tarasie. Ale może jestem myślami w innej epoce.

W jakiej?

Myślę, że ludzie w niedalekiej przyszłości będą siebie potrzebowali i wrócą do bliskich, bezpośrednich relacji i do emocji, do odczuwania świata zmysłami. Odrzucają gadżety zaśmiecające świat, zastępujące to co autentyczne.

Teraz ludzie się poddali regułom narzuconym przez biznes, ale nie z takich opresji wychodzili. Oczywiście z nowoczesności będą korzystali, ale wierzę, że się odnajdą.

Szczególnie podziwiam młodych ludzi, którzy nie przywiązują się tak do spraw materialnych. Będą walczyć, żeby świat dla nich istniał. Bo przecież będą jeszcze długo żyli.

W Żninie jest korytarz łączący wysoko dwa budynki. Planowaliśmy go ocieplić. Na szczęście w porę zauważyłem, że są tam przyklejone setki gniazd jaskółek. Całe miasteczko. Zostawiliśmy to.

Jaskółki są dla mnie ważniejsze niż wygoda człowieka. Myślę zresztą, że w ostatecznym rozrachunku więcej człowiek zyska na kontakcie z naturą, w tym wypadku możliwości obserwowania ptaków, niż na jej zniszczeniu.

Jak Arche przetrwało pandemię?

Dla mnie osobiście ważne było, że nie chorowałem, Nabrałem wręcz nowej energii. Zaszyłem się u siebie na wsi, wyłączyłem się, nawet gazet nie czytałem.

Pracowałem za to fizycznie na swoim bezludziu. Ale tyle mi wtedy przyszło do głowy pomysłów, że jestem teraz jak nakręcony. Nie poznaję sam siebie. Jakby czas się cofnął o 30 lat, kiedy dopiero zaczynałem biznes.

Firma poniosła spore koszty, a nie dostaliśmy żadnej dotacji. Mimo że obok budowania mieszkań prowadzimy hotele, zostaliśmy zakwalifikowani jako deweloper. Jeszcze musieliśmy płacić podatki, ZUS i podatek od nieruchomości.

Żeby było jasne – nie jestem zwolennikiem dotacji, jeśli już to pożyczek. Arche świetnie sobie radzi w trudnych momentach. Mieliśmy 100 milionów złotych odłożonych, ale przyznaję, że w najtrudniejszym momencie zostało nam z tej kupki 8 milionów.

Nasze hotelowe inwestycje wprawdzie się opóźniły, ale nie zatrzymywaliśmy ich. Niestety, musieliśmy zmniejszyć załogę i z tysiąca osób zwolniliśmy czterysta, głównie pracowników z niższych stanowisk w hotelach. Teraz odbudowujemy ten zespół.

Doświadczenie uczy, że warto mieć odłożone pieniądze na trudne czasy. Raz, żeby mieć na pokrycie niespodziewanych wydatków, a dwa – na okazyjne zakupy nieruchomości.

Na szczęście do pieniędzy podchodzę z rezerwą, nie są najważniejsze w życiu, traktuję je jako środek do prowadzenia moich projektów. Bez tego nie bylibyśmy w tym miejscu, w którym jesteśmy.

ZOBACZ TEŻ: Arche Poloneza – nowy element na mapie biznesowej Warszawy

Wracając do tego, co po pandemii – wyszedł pan z nowymi pomysłami i już je realizuje.

Jeden z tych pomysłów, które zrodziły się u mnie w trakcie pandemii, to budowanie hoteli w formie wiejskich siedlisk.

Początkowo chciałem adaptować na hotel całe wioski, które się wyludniają. Tak, żeby koloryt miejscowy i ostatnich mieszkańców połączyć z przyjezdnymi.

Miejscowi mogliby się opiekować całością, opowiadać historię, pokazywać podczas warsztatów swoje tradycje. Dostarczać warzywa i owoce, trzymać trochę zwierząt, których obecność byłaby atrakcją dla gości.

Potem uprościłem ten pomysł i pomyślałem, żeby urządzić noclegi w kontenerach morskich, z recyklingu. Taka formuła – nazwałem ją siedliskiem – nadaje się do lokowania w różnych miejscach i prostego powielania.

Na jakim etapie jest realizacja siedlisk?

Szykujemy już pierwsze kontenery Docelowo ma być ich tysiąc.

Wyszukujemy wioski, które się wyludniają, i tereny, na których nie ma intensywnego rolnictwa, i gdzie są jeszcze jakieś stare autentyczne budynki drewniane – czy to spichlerz, czy stodoła. I trochę naturszczyków. Na wschodzie i południu Polski ludzie są otwarci, gościnni.

Myślimy o całym pasie Polski wschodniej od Suwałk po Bieszczady, na początek o okolicach Hajnówki i Włodawy, ale też mamy upatrzone miejsca na Śląsku i w Świętokrzyskiem. Nie chcemy zbytnio ingerować w te miejsca, tylko delikatnie je adaptować, żeby nie zmieniły charakteru, zachowały autentyzm.

Tam chcemy postawić swoje jednostki – od trzech do dziesięciu w jednym miejscu, ale generalnie, żeby tworzyły większe skupiska, po 50 domków w promieniu 20 kilometrów.

Każdy taki domek ma dwie sypialnie i część wspólną z kuchnią i łazienką. Prąd i wodę. Może pomieścić cztery osoby, a z dostawką nawet sześć.

Otoczenie, przyroda, kontakty z miejscowymi mieszkańcami mają być wartością dodaną?

Liczymy, że miejscowych będzie można w to zaangażować – na przykład wspólne gotowanie z gospodynią, w stodole młócenie cepami, wykopywanie ziemniaków na polu. Pokazać dzieciom, jak dawniej się żyło i pracowało na wsi. Wspólne wieczory, opowiadanie historii, poznawanie zwyczajów, występy artystów ludowych.

Zajmiemy się animowaniem tego życia, nasi pracownicy będą doglądać całości, dbać o czystość, na przykład o zmienianie pościeli i ręczników.

Kupiliśmy już 110 kontenerów używanych, do odnowienia, lub prawie nowych. Wyposażamy je teraz w meble, które specjalnie zamówiliśmy według naszego projektu. Kładziemy nacisk na to, żeby wszystko było ekologiczne, z odzysku. Do ocieplenia na przykład wykorzystujemy eko fiber z makulatury.

W przygotowania angażujemy też niepełnosprawnych pracowników, których zatrudnia nasza Fundacja Leny Grochowskiej. To kilkudziesięciu artystów – malarzy, garncarzy, rzeźbiarzy. Zabierzemy ich na miejsce, żeby poznali okolice i się zainspirowali, a potem przygotowali artystyczny wystrój wnętrz.

W przyszłości planujemy też zminimalizowanie wpływu na środowisko naszych domków, jeśli chodzi o korzystanie z prądu (panele fotowoltaiczne, turbiny wiatrowe i magazynowanie prądu) czy utylizowanie nieczystości.

Zresztą domki w kontenerach nie będą przytwierdzane na stałe do podłoża, jeśli miejscowość zmieni charakter albo mieszkańcy, którzy mogliby prezentować swoje zwyczaje, wymrą i na ich miejsce nie znajdą się inni, zabierzemy je.

Kiedy pierwsi goście przyjadą do siedlisk?

Pierwsze siedliska już ruszyły w Ujnach w województwie świętokrzyskim i w Piłce, w północnej części Śląska. Można je rezerwować na https://archesiedlisko.pl/. Na dobry początek wynajęcie całego domku kosztuje tylko 299 złotych.

Inny pomysł, jaki teraz wdrażacie, pośrednio związany z pandemią to Alternatywna Akademia Arche. W hotelarstwie i gastronomii brakuje kadr. Chcecie je sobie sami nie tylko wyszukać, ale i od razu przeszkolić?

Pracowników do naszych hoteli potrzebowaliśmy zawsze, bo przed pandemią gwałtownie rośliśmy. Już wtedy miałem swoje przemyślenia odnośnie do systemu szkolnictwa. Niestety, niewesołe – zabija kreatywność, inwencję, wrażliwość. Tymczasem chodzi o to, żeby w ludziach wyzwolić potrzebę uczenia się, dostosowywania do zmian. Sam pod tym względem chodziłem swoimi drogami, zawsze powtarzam, że miałem to szczęście, że szkoła mnie nie zepsuła.

Teraz, kiedy wracamy na tę ścieżkę i szczególnie brakuje rąk do pracy, wróciła do mnie ta myśl, żeby stworzyć własną szkołę, może nawet wyższą, ale to wymaga wiele formalności. Na razie więc startujemy z mniejszymi formami.

Jak ma wyglądać nauka?

Będziemy szkolić w zawodach, których sami najbardziej potrzebujemy – kelner, pokojowy, recepcjonista. Na początek będą mieli wspólną naukę ogólną, 80 godzin, potem będą się decydowali, kim chcą zostać.

Ci, którzy zobowiążą się, że będą pracować u nas, nie będą płacić za naukę.

Nauka odbywa się w naszych obiektach. Zaczynamy w Łodzi i w Warszawie, w grupach po 15 osób. Program nauki jest rozpisany – ile godzin na jaki przedmiot, zajęcia teoretyczne i praktyczne, potem będą egzaminy. Prowadzą to nasi pracownicy, ale mamy też wykładowców spoza firmy.

Chciałbym w przyszłości prowadzić też zajęcia na wyższym poziomie, doszkalające tych, którzy już u nas pracują, prowadzić nawet zajęcia podyplomowe. Mamy do tego warunki, całą infrastrukturę – sale, pokoje noclegowe, gastronomię.

Chcemy szkolić nie tylko na nasze potrzeby, jesteśmy otwarci, możemy szkolić też pracowników dla innych hoteli.

Jak we wszystkich naszych działaniach, także i w Akademii kładę nacisk na ich wymiar społeczny. Wszystko ma być dla ludzi, żeby się dobrze z tym czuli.

Nie zamierzamy nikogo przerabiać według jednego wzorca, chcemy, żeby nasi pracownicy zachowywali własną osobowość, zdolność rozwijania się, kreatywność. Mogą robić błędy, ale ważne, żeby nie bali się podejmować decyzji.

Wewnętrzna wolność człowieka, to najważniejsza cecha. Jestem zwolennikiem szerokiego, holistycznego podejścia do nauki i do życia.

Władysław Grochowski, prezes budującej mieszkania (dotąd 9 tysięcy), hotele (2,7 tysiąca pokojów w 15 obiektach) i prowadzącej tanie restauracje (20) grupy Arche. Założył firmę w 1991 roku. Wcześniej studiował na Wydziale Operatorskim łódzkiej Filmówki, prowadził gospodarstwo ogrodnicze i przez dwie kadencje był wójtem gminy Trzebieszów w województwie lubelskim. Mottem Arche jest „Łączymy sprzeczności”. Przy Arche działa też Fundacja Leny Grochowskiej, zatrudniająca artystów niepełnosprawnych intelektualnie.